adasiowe miejsce
Witam na moim jogu (lub jak kto woli blogu). Żadnych tajemnic tu nie zdradzę... Chyba. A jak zdradzę to znaczy, że to tajemnicą nie było. Wpisy marudne, śląskie, operowe, podróżnicze, fotograficzne i inne. Słowem ... nie da się jednym słowem.
Lisia Babia Góra we wrześniu
Gdzie jest pięknie? W górach. Szczególnie jak się trafi na dobrą pogodę i towarzystwo. We pewien wrześniowy weekend wybraliśmy się na Babią Górę - najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego (i najwyższy szczyt w Polsce jeżeli pominiemy Tatry).
Dojazd z przygodami - 1. samochód postanowi przetestować skrót, którym mieliśmy jechać wieczorem na chatkę w Lachowicach.
Zdziwienie wywołał w nas objazd. Po zasięgnięciu języka u jednego tubylca ("Tam skrót do Zawoi... O tam... Kaj ten samochód pojechoł. Pojedziecie tam kawałek wonsko. a potym bez wode i bedziecie na tyj drodze."). To "bez wode" okazało się przejazdem przez rzekę/potok wpław. :D Samochód przeżył - bo płytko i płytami wyłożony potok. Ale za chwilę utknął w korku na tej polnej drodze... w korku. :D
W Zawoi oczekujemy przyjazdu drugiego pojazdu pod kościołem. Przejechali... i musieli się cofać prawie z Krowiarek :D No W każdym razie znaleźliśmy się i ruszyliśmy z okolic Dyrekcji BgPN. Najlpierw leniwie zielonym szlakiem na Markowe Szczawiny. Jest tam niedawno zbudowane od nowa schronisko. Wyglądało pozytywnie tylko klozet za 1-2zł :/ No i otoczenie trochę mało zagospodarowane zielenią (ubita ziemia).
Tagi: Jałowiec, Lachowice, Zawoja, babia góra, cyl, diabla, lis,
Dwa zimowe weekendy beskidzkie...
W czasie 2 marcowych weekendów powędrowałem sobie ze znajomymi po Beskidach.
Pierwszy weekend: Wyjazd w Beskid Mały. Planowo jednodniowy. Dojeżdżam autobusem do Gliwic. Tam znajomy mający mnie zabrać samochodem mówi, wtedy słowa (wtedy trudne do zrozumienia dla mnie).
Ale się tobie udało spakować do takiego małego plecaka... Ja mam chyba dwa razy większy.
Potem oczekując na znajomą w Rybniku zadaje drugie także trudne do zrozumienia przeze mnie pytanie:
A czy ty masz śpiwór?
Moja odpowiedź:
No... w domu mam....
I tym sposobem dowiedziałem się, że wyjazd miał być dwudniowy. Dojeżdża znajoma, która była tak samo poinformowana jak ja... Chwila zastanowienia:
Pojedziemy do Ciebie, pożyczę Tobie śpiwór, ręcznik itp...
Tagi: beskid mały, beskid żywiecki, potrójna, przegibek, racza, rycerka, rzyki,
Kabhi Gorce, khabhie deszcz
Czasami fajnie jest wrócić w miejsca w których się już było. Najlepiej jeszcze w innych okolicznościach przyrody. Czyli czasem śnieg, czasem deszcz. Te parę zdjęć to porównanie 2 wyjazdów w Gorce.
Pierwszy raz w tą zimę: z Lubomierza na chatkę Hawiarska Koliba. W śniegu po pas. Czas mapowy 3-4 h. Czas nasz: około 9 h. Szukanie szlaku pod śniegiem. Przedzieranie się przez polany zasypane śniegiem. Duża ilość kryzysów. A potem niewychodzenie z chatki przez kolejne kilkadziesiąt godzin... i gotowanie, gotowanie, pieczenie, smażenie... ;)
W zeszły weekend w podobnej grupie przeszliśmy się z Lubomierza-Rzek na Turbacz. I z powrotem. Pogoda nie sprzyjała zbytnio - połowę drogi lało. Część szlaku pamiętaliśmy z zimowego przejścia - czasami mieliśmy braki (hmm... ze zmęczenia?). Znajdowaliśmy teraz znaki których nie było widać zimą (na kamieniach).
Ukraina, Krym 2009 - część druga - czyli jak to na wybrzeżu było + powrót
Na Krym wybrałem się z 3 znajomymi w sierpniu 2009 roku. Zrobiliśmy pętelkę: Symferopol, Bakczysaraj (ze skalnymi miastami), Sewastopol, Bałakława, Ałupka, Aj-Petri, Jaskółcze Gniazdo, Liwadia, przełęcz Angarska, Symferopol. W drodze powrotnej liźnięty został też Kijów.
To jest druga część relacji krymskiej. Przeczytaj wcześniej pierwszą część.
Sewastopol - jedna baba, drugiej babie wsadziła do domu turystów
Wsiadamy do pociągu i jedziemy. Po kilkudziesięciu minutach na drodze obok torów widzimy czterech rowerzystów. Zdziwiony? :D Pociąg wiezie nas do Sewastopola. Miasta/bazy floty czarnomorskiej. Przed wjazdem na dworzec objeżdżamy zatokę nad którą to miasto leży. Na dworcu już nas witają babiczki z noclegiem. Po 40-50 hrywien. Wybieramy taki za 40 i jedziemy gdzieś na osiedle 20 minut marszrutką z numerem (wow... marszrutki mają numery:D). Rozkładów dalej nie mają ;)
Nocleg mamy na wielkim blokowisku. Przechodzimy z przystanku przez plac z dmuchaną zjeżdżalnią, placem zabaw, stoiskiem z melonami, do 10-piętrowego bloku (nie jedynego w okolicy). Drzwi na jakiś śmieszny klucz, winda, która w Polsce by została wyłączona z użycia 5 lat temu. Wchodzimy do mieszkania. Jedna babiczka przekazuje nas drugiej babiczce (praca grupowa). Dostajemy 2 pokoje (weszły by tam jeszcze z 2 osoby) z dywanami na ścianach (arrasy? ;) ). Brak ciepłej wody (trzeba grzać), w przedpokoju nowoczesna lodówka (my dostajemy taką "made by wczesne CCCP"). Po mieszkaniu biega przepiękny kociak. Świetne futerko. Nieźle bawił się moją politechniczną smyczą do komórki.
W klozecie deska połamana na 6 kawałków. Źle? Gdzie tam... Jest ładnie posklejana przezroczystą taśmą klejącą. Dostajemy klucze, informację, że morze blisko. Supermarket też. W supermarkecie śmietanka "Łaciate" (przynajmniej taka sama szata graficzna), oraz polewy do lodów z Tymbarka (z nieprzetłumaczoną nalepką). Produkty ukraińskie tanie. Produkty dużych koncernów (np. Danone) porównywalne jak w Polsce (jak nie drożej). No i do tego kiełbasa warszawska. Obrzydliwa. Chyba jak każda tam. ;)
Rano ruszamy na podbój Sewastopola. Tym razem trolejbusem. 0,75 hrywny za przejazd (o ile dobrze pamiętam). Marszrutki są szybsze, ale dwa razy droższe. W trolejbusie bilety można kupić u kierowcy, lub osoby sprzedającej bilety. Wygląda to czasami tak: kupujesz u kierowcy, druga osoba ci go kasuje, a jeszcze co jakiś czas wsiada do tego trolejbusu kontrola, która te bilety sprawdza. W bardziej zatłoczonych trolejbusach są dwie osoby do sprzedawania/kasowania. Prosty sposób na bezrobocie :D Po drodze zauważam sklep z reklamą firmy "Barlinek" - czyli podłogi.
Flota, Lenin, ślub i flagi rosyjskie
Wysiadamy w centrum, wymieniamy walutę (da się tylko USD, EURO oraz rosyjskie ruble). PLN jest trudno spotkać na Krymie. Kupuję też mini atlasik po Sewastopolu. Ruszamy na podbój miasta. Najpierw park z panoramą "Obrona Sewastopola". W parku są też 2 fontanny, parę pomników, resztki fortu, pomniki (m. in. jednego z kapitanów statku broniącego miasta), widok oraz dużo kotwic z zatopionych statków. A także kramiki z pamiątkami, kucyki, sprzedawcy wycieczek zorganizowanych oraz turyści.
Przy parku hotel o nazwie Ukraina. Kontrastuje to troszkę z tym, że Krym jest bardziej rosyjski niż Ukraiński. A po rozpadzie ZSRR flota czarnomorska z jakiegoś dziwnego powodu został podzielona na dwie równe części: 87 i 13%. Do tego w tych 13 procentach było najwięcej złomu. Zgadnijcie kto dostał lepsze "łódki". Co jakiś czas słychać przepychanki dotyczące stacjonowania rosyjskiej floty w Sewastopolu.
Po drodze jest Sobór Opieki Przeświętej Bogurodzicy - przepięknie odnowiony. W środku trafiamy na ślub. Ja wyglądał? Babiczka od miejsca na środku cerkwi rozwinęła czerwony dywan. Na jego końcu stanęła para młoda. Gości nie było za dużo (chyba tylko rodzina). Przychodzi pop (prawosławny ksiądz) wyglądający jak wokalista jakiegoś fińskiego zespołu death metalowego. Idzie po dywanie do pary młodej i zaczyna czytać modlitwy. Miałem wrażenie, że były one powtarzane kilkanaście razy. Do tego kilkadziesiąt znaków krzyża. Ciekawostką było nałożenie obrączek. Para młoda nałożyła je sobie tylko na koniuszek palca. Następnie pop kilkukrotnie zamienił je miejscami. Wszystko odbywało się na końcu cerkwi.
Tagi: Kijów, Krym, Sewastopol, Ukraina, góry krymskie, kolej,
Ukraina, Krym 2009 - czyli na wschodzie musi być jakaś cywilizacja
"Pojedzie ktoś na Ukrainę, na Krym?" Takie pytanie zadawałem znajomym przez parę tygodni... Odpowiedzi, że tam strasznie, że daleko, że okradną/zgwałcą/zamordują, że tamto, siamto... ;) Część też nie miała czasu (żeby nie było, że wszyscy na "nie" byli).
To jest pierwsza część relacji krymskiej. Przeczytaj później drugą część.
W końcu udało się zebrać grupę 4 osobową: Kasia (z którą uwielbiam nawzajem sobie marudzić i się wkurzać), Jacek (obydwoje znani z kursu w AKT Watra) oraz Arek (znajomy Jacka).
Jaki plan? Pojechać tam i pozwiedzać (góry, wybrzeże, miasta, skalne miasta...). Czym dojechać? Pociągiem...
Podróż do Lwowa z Katowic - opuszczamy UE
Spotykamy się w nocy z piątku na sobotę 7/8 sierpnia 2009 w Katowicach na dworcu PKP. Stamtąd ruszamy zawalonym pasażerami pociągiem do Przemyśla. Najpierw trochę rozmawiamy, potem głowa na plecaku i nynu... Co jakiś czas budziła nas potrzeba fizjologiczna innych pasażerów (chcieli do WC dojść...).
Gdzieś od Krakowa (czy kawałek dalej) w pociągu zrobiło się luźniej więc najpierw nasza kobieta dostała miejsce w przedziale. Ale widocznie musiała "bardzo zasłużyć", bo siedziała z osobami intensywnie (i głośno) komentującymi polityczne sprawy Polski i Ukrainy. Mężczyźni dosiedli się do przedziału w którym można było przenocować :) Pewnie w nagrodę za dobre sprawowanie.
Wysiadamy w Przemyślu, chwila na wymianę drobnej kwoty na ukraińską walutę (hrywna ukraińska UAH) i wsiadamy w busika do granicy w Medyce. Informacyjnie: kurs wymiany jest w Przemyślu o wiele bardziej atrakcyjny niż np. na Śląsku. No i do tego hrywna leci na łeb na szyję...
Wracamy do busika: w środku pełno Polaków z wielkimi plecakami (z tego powodu było można zauważyć lekkie niezadowolenie kierowcy - przecież te 2 miejsca na których te plecaki leżały mogły dać dodatkowy przychód... ;)) Przejazd do Medyki to było jakieś 2zł (może 3...).
Ruszamy spod dworca... Adaś krzyczy "Drzwi na tyle nie są zamknięte!". Na szczęście, żaden z plecaków nie zdążył wylecieć ;) Po kilkunastu minutach pojawiamy się na granicy. Wysiadka i zdążamy krokiem niespiesznym na przejście graniczne. A tam tłum kilkudziesięciu osób: turyści z plecakami oraz mieszkańcy okolicznych miejscowości przechodzący w wiadomych celach... I dwie kolejki: UE i reszta świata. Do polskich celników stoi dłużej reszta świata a do ukraińskich UE (czyli my).
W tłumie: "Czy poda ktoś parę tych karteczek, które trzeba wypisać?". Na tej karteczce trzeba napisać swoje dane, po co się jedzie na Ukrainę, w które miejsce... Dostałem okrzycz bo czegoś tam nie wypisałem (chyba tego, że przechodzę pieszo granicę :D ) Najlepsze jest to, że karteczka jest po ukraińsku i angielsku a wszyscy ją wypisują po polsku (lub mieszanie). U mnie było "cel podróży": turistic oraz "jak": pieszo :D
Dostałem pierwszą pieczątkę w nowym paszporcie, połowę karteczki i opuściłem pierwszy raz UE (nie liczę okresu gdy PL nie było w UE :D ). Za granicą kantory, sklepiki, bary no i przystanek marszrutek. Czyli busików jeżdżących to tu, to tam... Wsiadamy do takiej do Lwowa, czekamy aż się zapełni do ostatniego miejsca. Cena przejazdu marszrutką do Lwowa: 15 hrywien. Jeszcze przed odjazdem zakupujemy pierwsze ukraińskie piwo... Koszt piwa to jakieś drobne hrywny (w przeliczeniu 1-1,5 zł). Za naszym przykładem idą kolejni pasażerowie busika... Ciężko się je piło w czasie jazdy po niezbyt równej drodze do Lwowa.
W busiku grupa 8 osób z Przemyśla (proszę zapamiętać nazwy grupek spotykanych, bo będą się powtarzać :D ). Dziwią się, że jedziemy do Lwowa nie mając kupionych biletów na pociąg... Ktoś z nich wcześniej zrobił sobie wycieczkę do Lwowa w celu zakupu takowych... U nas to nie wchodziło w grę: za daleko i nie znaliśmy terminu wyjazdu jeszcze parę dni temu...
W czasie jazdy adaś zaczął czytać słowa na sklepach, reklamach. I cieszył się jak dziecko gdy mu się udało przeczytać хот-дог (czyli Hot-dog :D ). Nie miałem wcześniej do czynienia z cyrylicą, więc to nowość dla mnie.
Kilkadziesiąt godzin w pociągu do Symferopolu
We Lwowie poszukiwania kantoru (dziura w ścianie) oraz próba zakupu biletu w kasie. To teraz napiszę o dworcach ukraińskich: cuda... Dworzec we Lwowie to budynek, który kojarzy mi się od wewnątrz z dworcem w Bielsku-Białej. Z tym, że kilka razy większym (dworzec w Kijowie był jeszcze większy - zdjęcie obok właśnie kijowski dworzec przedstawia). I tłumami podróżnych, kilkunastoma kasami (i kolejkami do nich), czystymi poczekalniami... Ja chcę aby nasze dworce tak wyglądały. Wszystkie dworce, które widziałem w czasie podróży robiły bardzo pozytywne wrażenie.
Tagi: Krym, Symferopol, Ukraina, bakczysaraj, kolej, relacja,
Niuchanie krokusów w Dolinie Chochołowskiej
Człowiek zrobi wiele aby pochodzić po Tatrach. Wstanie o 3:20... Wyruszy o 4:00 (jednakże wcześniej będzie marudził o przesunięcie terminu wyjazdu co najmniej godzinę - snu trza...). Poprowadzi pojazd mechaniczny, który wielkiej mocy do rozpędzenia nie ma. Będzie pomstował na wolniejsze pojazdy (czyt. rowery, maluchy, fotoradary), że znów się trzeba rozpędzać...
Ale ten człowiek będzie silny. Nie da po sobie pokazać słabości. Nawet gdy na dwójce silnik wyje, a oczy mówią: "zmruż powieki"...
W weekend przedmajowy udało się zorganizować (dzięki Pani ŚUM-owatej) wyjazd na niuchanie krokusów w Dolinie Chochołowskiej... Start z TG o 4 rano, potem Mikule, Glajwic i Tychy. Z Tychów 3 wehikuły ruszyły w stronę słońca i gór. Trasa wiodła przez Pszczynę, Bielsko (chyba co skrzyżowanie fotoradar...), Żywiec i Korbielów (musieliśmy się rozpędzić, a ktoś nowym samochodem tarasował nam drogę jadąc 40...) Potem chwila przez Słowację, obok jeziora Orawskiego, ponownie przez granicę do Chochołowa. Aż wreszcie wita na Witów i wlot do Doliny Chochołowskiej. Okazało się, że najsłabszy samochód przyjechał pierwszy :D (bo na nas czekali na granicy ;).
Śniadanko o 9. W mocnym słońcu. Jakub terrorysta prezentował się nad wyraz "ciepło" w polarze i zimowej kurtce... Ruszamy do kolejki po bilet do parku. Tam patrzymy jak wygląda traktoropociąg z pasażerami upchanymi prawie jak w 820/840/870 KZK GOP. Przekrój turystów bardzo duży, ale chyba naszymi w miarę dużymi plecakami przyciągaliśmy wzrok.
Tagi: dolina chochołowska, krokusy, tatry,
Walentynkowe Gorce z sercem na tyłku
Pobudka 3 rano. Jeden autobus, drugi autobus... Katowice witają :) Jako, że do pociągu jeszcze chwila to odganiamy jednego kolesia proszącego o złotówkę:
Co będę owijał w bawełnę... Na wino mi brakło...
Potem przechodzi zobaczyć jak wygląda dojście na perony dla osób niepełnosprawnych. Wygląda genialnie - najpierw dzwonek na wysokości głowy. Głowy stojącego człowieka. Potem otwierają bramę i delikwent na wózku przejeżdża przez nieznane otchłanie dworca, wyjechać na powierzchnię windą towarową... Nie mieliśmy odwagi zadzwonić...
Dojeżdża kolejni ludzie z ekipy. Wsiadamy do piętrowego składu i rozpoczyna się poranny śmiech :) Do Krakowa z lekkim opóźnieniem dojeżdżamy - Kuba terrorysta na cały głos oznajmia, że:
Zapomniałem, że tu się wjeżdża do ciemnoty...
Na szczęście Krakusi chyba mają spokojne usposobienie, bo żadnych rękoczynów nie było. Przechodzimy na dworzec autobusowy w poszukiwaniu naszego autobusu. I wyryte zostaje nam w umysłach wyrażenie: "...na dolnej płycie dworcaaaa". Pasażerowie musieli się dziwić jako pomagaliśmy zwiększyć słyszalność zapowiadającego dopowiadając te słowa do każdej jego wypowiedzi. Z taki długim przeeeeciągnięciem.
Tagi: dużo śniegu, gorce, góry, śnieg,
W Tatry - sylwestrowa, spóźniona relacja
Godzina 3:30 - pobudka. Trzeba zdążyć na pierwszą 19 do Bytomia, a potem na pierwsze 820 do Katowic. A po co tak wcześnie? A po to aby się jeszcze tego samego dnia pojawić na jakimś tatrzańskim szczycie... (niekoniecznie wysokim). Na dworcu w Katowicach spotyka się 5 wariatów i jedna jeszcze nie zwarjaciowała...
Ruszamy do miasta pod ziemią
Wsiadamy do osobówki do Krakowa. Na peronie obok stoi sobie TLK do Zakopca (pociąg jadący wolniej niż osobówka, a na dodatek spóźniona godzinę i jeszcze droższy). Będzie nas gonić... Ale my się nie damy... i uciekniemy ze średnią prędkością 50km/h... W pociągu mamy spokój. Współpasażerowie niekoniecznie go mają jeżeli słuchają naszych inteligentnych rozmów... W Krakowie bieg z peronu na peron ("W prawo, a nie w lewo!!"). Na schodach uratowałem komuś spadające jabłko... Ale zdążył mi ten ktoś zwiać, więc nie otrzymał go z powrotem.
Pociąg do Zakopanego pustawy. Można się wygodnie rozsiąść i zasnąć... Nie, my nie zasypiamy... my kontemplujemy wschodzące słońce przemieszczające się po nieboskłonie z zawrotną prędkością (a może to pociąg zmieniał kierunki co chwilę, że "nasza gwiazda" raziła mnie cały czas?).
Tagi: gęsia szyja, pkp, rusinowa polana, sarnia skała, tatry, zakopane,
Szczyrkowa deska anty-moto-rowerowa
Deseczka na zdjęciu znajduje się na szlaku ze Skrzycznego do Szczyrku. A do czego służy? Do uniemożliwienie jazdy na rowerach i motorach. Chyba się mieszkańcy mieszkający przy szlaku lekko zdenerwowali na kierujących wyżej wymienionymi pojazdami. Ciekawe czy to legalne ;)
Od siebie dodam, że osoby jeżdżące na motorach czy quadach po szlakach w górach też mnie "lekko" denerwują.
Kobieto! Nie słuchaj mężczyzn...
...jak masz na sobie japonki a oni Ciebie ciągną na kolejkę linową na jakiś szczyt. A dlaczego? Bo są w stanie Ciebie przekonać następnie do zejścia w tych japonkach na sam dół... I nawet ci w tym zejściu pomogą, mimo, że im to na dobre nie wyjdzie (co chwilę dźwiganie kobiety, aby się nie poślizgnęła na jakimś ostrym zejściu/głazie źle wpływa na mieśnie pleców ;).
Dwa zdania z dzisiejszej rozmowy pewnej pary (dwadzieścia kilka lat) na szlaku ze Skrzycznego (nartostradą!):
Misiu... A mieliśmy dzisiaj tylko chodzić po mieście...
Ale wiesz co. Te twoje japonki to maja zaletę. Nie poci się stopa...
(parę pięści trafiło na biceps "Misia")
Tagi: niedzielni turyści, skrzyczne, szczyrk,
Chatka na Szczytkówce
Chatka na Szczytkówce (przy zielonym szlaku z Ujsów na Muńcół w Beskidzie Żywieckim) spłonęła jakiś czas temu (1996). Ale kilka dni temu dowiedziałem się od znajomego, że chatka została odbudowana. Ale żadnych szczegółów nie znam: nie wiem kto, nie wiem jakie ceny, nie wiem jakie warunki... Słowem Szczytkówka - chatka widmo :)
Jakby ktoś był w posiadaniu informacji o chatce to można prosić o jakiś komentarz? Przyda się mi a także innym poszukującym miłego noclegu w Beskidach :)
Ps Chatka posiada nawet stronę, ale chyba baaardzo nieaktualną. Oraz klasę na naszej-klasie ;)
Tagi: beskidy, chatka, góry, szczytkówka,
Majowa Mała Fatra
Wyjazd 3-osobowy w weekend majowy 1-4 maja 2008. To mój drugi raz na Małej Fatrze - tym razem w maju (przeczytaj relację z sierpniowej wycieczki na Małą Fatrę sprzed 2 lat). Majowa trasa w skrócie: pociągiem do Sutova (wioska po południowej stronie Małej Fatry), Chata pod Chlebem (nocleg), Wielki Krywań, Chleb, Południowy Gruń, Stefanowa (2 noclegi), Diery (Dolne, Górne, Nowe). Miały być zdobyte 2 Rozsutce, ale nie udało się - o tym dlaczego w dalszej części wpisu będzie szerzej.
Dojazd + wejście pod Chleb
Wyjazd - 5:55 z Tarnowskich Gór. Tam na dworcu takich dziwnych ludzi z plecakami troszkę więcej. Wszyscy (sądząc po rozmowach) do Węgierskiej Górki zdążają. Pociąg o 7:10 - kolejki do kas olbrzymie, a ja zapomniałem kupić bilet w TG (musiałem czegoś zapomnieć). Ale mam sokoli wzrok i zauważyłem, że o 7 otwierają 2 nowe kasy. Haaa... No to myk z końca kolejki do kasy zamkniętej - bilecik kupiony. Na peronie tłum. Wszyscy do Węgierskiej Górki oczywiście ;) A cóż tam takiego jest?
Podjeżdża pociąg - za pędzące drzwi chwyciło 2 gości - i zostali pociągnięci przez tłum (jeden prawie wylądował na torach). Miejsce się znalazło - w przedziale kilku studentów AGH (dowiedziałem się jak się w Krakowie pali samochody na Juwenaliach), pani z dzieckiem, i jakaś para. Studenci oczywiście do Węgierskiej Górki ;) Pociąg opóźniony jakieś 20 minut dojechał do Węgierskiej Górki. Tam wysiadł tłum (60% pasażerów) poszukujący monopolowego :) (tak mi jeden z turystów odkrzyknął).
Tagi: góry, kolej, mała fatra, noclegi, stefanowa, słowacja, terchowa, wielki krywań,
Góry, granica, Schengen - wolno wszędzie przekraczać?
Od kilku miesięcy Polska znajduję się w strefie Schengen. Czyli możemy przekraczać granicę państw tej strefy w dowolnie wybranym miejscu. Tak... Dowolnie wybranym miejscu. Oczywiście są wyjątki. Jako, że najbardziej interesują tereny górskie to opiszę jakie są zasady tego przekraczania. A opiszę to z powodu czasami pojawiających się informacji, "że nie można w górach". Można, ale...
Tagi: granica, góry, przekraczanie, przepisy, schengen,
Zaproszenie na Fatrówkę
Zwykli czytelnicy tego bloga mogą tego wpisu nie czytać ;) To dla znajomych wpis jest... Trochę prywaty nie zaszkodzi - mam nadzieję.
Jako, że zbliża się weekend majowy postanowiłem zastanowić się gdzie by wziąć znajomych na majówkę. Tym razem wymyśliłem, że pojedziemy troszkę dalej niż na jakąś chatkę w Beskidach. Informuję o tym na blogu, bo wiem o paru fochach z powodu niepoinformowania niektórych osób. Może mi się uda uzyskać wybaczenie? ;) Jesteś zainteresowany a nie zaprosiłem - upomnij się jakimś sms-em o "imienne zaproszenie". Nie ugryzę. A więc do rzeczy.
Jedziemy na Małą Fatrę (poprzednia relacja z wyjazdu tam). Takie przemiłe góry na Słowacji (mapa położenia). Termin 1-4. maja (z opcją 5. maja). Dojazd - pociągiem - z Katowic 7:11 do Zwardonia. Tam korzystamy z dobrodziejstwa Układu z Schengen i robimy pieszą 500m wycieczkę przez granicę na stację Skalite-Serafinov (aby nie płacić paru złotych za przejazd przez granicę). Potem pociągiem do Żyliny i...
No i są 2 opcje. Wersja lajt i wery lajt.
Tagi: mała fatra, zaproszenie,
Pilsko i Hala Miziowa narciarsko
W zeszły weekend pojawiłem się w okolicy Pilska pojeździć na nartach - 3 i 4 dzień w życiu. Ale po kolei... Wyjazd wraz z ludźmi Watrowymi - przepraszam, ale dalej nie pamiętam imion ;)
Sobota - pobudka o 4:30 - trzeba jakoś zdążyć na 7 do Gliwic. W czasie zajadania bułki dotarło do mnie, że w sobotę autobusy jeżdżą inaczej... Ciemno za oknem a mi w umyśle pojaśniało. Szybko uruchamiam wyszukiwarkę połączeń KZK GO! (tą opisywaną parę dni temu) i sprawdzam czy mam jakieś połączenie z przesiadką, bo 80 ani 112 nie ma o takiej wczesnej godzinie. Mam, ale będę 15 po siódmej. Poczekają - chyba tak... W Gliwicach wsiadamy do samochodów i kierunek Korbielów. Po drodze brak śniegu - w górach będzie? Mamy nadzieję. W Żywcu samochód z 3 rowerami i parą nart na dachu - genialny sposób ułożenia o nazwie "nieład dachowy".
Wysiadka w Korbielowie. Chwila czekania na resztę samochodów następnie podział na 2 grupy - łażących i zjeżdżających. Łażący biorą narty i zaczynają się wspinać w poszukiwaniu śniegu. Ja znalazłem się w grupie zjazdowców. Wsiadamy w kolejką na Halę Szczawiny. Ja narty w jednej ręce, w drugiej plecak z przytroczoną gitarą. Jechałem bez zamkniętego krzesełka, narty prawie mi wyleciały z ręki. W połowie drogi pojawił się śnieg - czyli coś tam jest. Dałem radę... Wyciąg - 8zł. Następnie orczyk - 4zł. Chwila wahania - jak ja wjadę z plecakiem orczykiem, i to jeszcze tak ostro w górę. Jak na razie na oślich łączkach się bawiłem nartami. Stwierdzam, że jazda samotna jest zła - orczyk wylatuje spod tyłka, powracające orczyki szturchają w ramię, narty same skręcają poza wyjeżdżoną trasę...
Tagi: Hala Miziowa, Korbielów, Pilsko, fajnie jest :), narty,
Gleba w schroniskach - zakaz?
Jakieś parę dni temu w jakimś programie informacyjnym (serwis TVP Info?) pojawiła się informacja, że straż pożarna domaga się (będzie się domagać?) od schronisk nie przyjmowania turystów na tzw. glebę. Czyli na nocleg na karimatach, gdzie popadnie (gdy braknie miejsc w pokojach). Tłumaczono to w relacji bezpieczeństwem pożarowym.
A dziś zaglądając na stronę schroniska Murowaniec w Tatrach zobaczyłem następujący tekst:
Z przykrością informuję, że z przyczyn technicznych zmuszeni jesteśmy czasowo /do odwołania/ zawiesić zwyczaj udostępniania noclegów w warunkach zastępczych - "na podłodze", w pomieszczeniach i zabudowaniach towarzyszących Schronisku PTTK "Murowaniec" na Hali Gąsienicowej w Tatrach.
Prosimy Turystów o taką organizację wędrówek aby możliwym stał się powrót na nocleg do miejsc zakwaterowania lub pozostałych schronisk.
Bardzo przepraszamy, o wznowieniu takich możliwości powiadomimy w terminie najkrótszym, w jakim stanie się to na powrót możliwe.
Ekhm... Nie żebym się bezpieczeństwem nie przejmował, ale chyba ktoś przesadził z byciem "najświętszym" strażakiem. Wątpię aby dało się zrobić tak aby wszyscy turyści dzwonili co chwilę z zapytaniem o miejsce w schronisku. Do tego wystarczy piękny wiosenny weekend i w schronisku pojawia się tłum. Warunki turystyczne (burza, zamieć) mogą nie pozwolić zejść w doliny danej grupie. Do tego sam nocleg w przepełnionym schronisku może być (i jest) ciekawym doświadczeniem :)
Tagi: chatki, góry, pożar, przepisy, schroniska, straż pożarna,
Strefa Schengen - wreszcie po górach bez ograniczeń :)
Dziś w nocy można było świętować wejście do strefy Schengen. Dzięki czemu możemy większość granic w naszym kraju przekraczać w miejscu dowolnym. Nie jestem tirowcem, nie latam samolotami (jeszcze ;), samochodem rzadko przekraczam granicę... A nawet jak przekraczam samochodem/autobusem to więcej czasu tracę w korkach z powodu robót drogowych niż kolejek na granicach. Niby powinno mi to zwisać... A nie zwisa...
Październikowe Pilsko
Wpis jest lekko opóźniony. Lekko = miesięcznie. Pozdrawiam osoby, który strzelały focha z powodu mojej niepłodności pisarskiej. Dziś postanowiłem się poprawić i spisać to co się działo ponad miesiąc temu w Beskidzie Żywieckim. Z jakim skutkiem - oceńcie sami.
Wszystko zaczęło się w czwartek imprezą w Gliwicach. Znaczy pewnie tylko 2 osoby były na tej imprezie i potem na chatce - nieważne ;) Rano jedna musiała iść na zajęcia a ja ładnie się dopakowałem i autobusem 33 dostałem się do tych Tychów. Tam z Karolem czekamy chwilę na dworcu: obserwujemy przemykający z dala od peronów pociąg osobowy, oraz przejeżdżający obok peronów pociąg InterCity (zapowiedziany jako osobówka).
Tagi: beskid żywiecki, fotografia, góry, pilsko, sopotnia, studia, turystyka, żywiec,
Słowackie Tatry Zachodnie - relacja niekoniecznie poważna
W dniach 23-27 sierpnia udało się z paroma znajomymi (w sumie było nas 5) wyjechać w słowackie Tatry Zachodnie zwane czasem Tatrami Orawskimi. We wpisie będzie trochę moich przemyśleń, trochę informacji praktycznych dla osób wybierających się w to miejsce w przyszłości (o noclegach, dojeździe, wycieczkach itp.) No i będą (tadam!) zdjęcia :) No to zaczynamy...
Osób było w tych Tatrach 5: Daria (kop z półobrotu), Żaba-Monika, Mateusz ("ciepła ludzka krew"), Paweł i ja...
Dojazd do Zuberca, słowackie autobusy itp...
Dojazd w Słowackie Tatry (dokładnie do Zuberca) jest trochę kłopotliwy jeżeli nie posiada się własnego pojazdu mechanicznego. My przejazd zrobiliśmy w następujący sposób:
- Dojazd do Katowic skąd autobusem PKS Żywiec o 7:35 odjechaliśmy do Korbielowa-Granicy. Kosztowało nas to 11,2 zł (zniżka studencka). Bez zniżki - 16 zł. Na granicy autobus był chwilę po dziesiątej.
- Przeszliśmy przez granicę - spojrzenie pogranicznika na dowód i twarz.
- Piechotą przeszliśmy 3-4 km do Orawskiej Polhory - po drodze próbując łapać stopa. Rozważnie nie poinformowałem wcześniej reszty o odległości do przejścia piechotą - a może i nierozważnie ;)
- Z dołu mieliśmy mieć autobus do Namestowa. Potem miała być przesiadka z Namestowa do Niżnej. I stamtąd kolejnym do Zuberca. Ale życie lekko zmieniło nasze plany ;)
Tagi: autobusy, fotografia, góry, noclegi, skały, słowacja, tatry,
Baza namiotowa na Przysłopie Potóckim
Od ponad tygodnia w Beskidach stoi sobie nowa baza namiotowa. Stoi sobie na przełęczy Przysłop Potócki pomiędzy Bendoszką Wielką a Praszywką Wielką na szlaku z Soli (tam zatrzymują się pociągi ;) na przełęcz Przegibek. To jest Beskid Żywiecki (dla większego rozjaśniena położenia). Baza jak to baza - nie ma za wielu wygód ale jest. Utworzona przez Uczelniany oddział PTTK przy Politechnice Śląskiej w Gliwiacach. Nocleg w namiotach bazowych - cena to 5 zł. Za nocleg we własnym namiocie płaci 3.
Tagi: baza namiotowa, góry, noclegi, przysłop potócki,
Kwietniówka/majówka - opis krok po kroku
Pamiętacie jeszcze, że parę dni temu skończył się długi kwietniowo-majowy weekend? Ja pamiętałem, ale zwlekałem z relacją... No więc zaczynam. Plan był ambitny: najpierw 4 dni na chatce w Danielce (jako organizator) potem pieszo przez Słowację, Babią Górę do Makowa Podhalańskiego. W sumie 10 dni. A było tak (z góry przepraszam za długość wpisu):
Tagi: beskidy, czechy, danielka, góry, kolej, kwietniówka, majówka, parowóz, rycerzowa, słowacja, ujsoły, wyjazd,
Wiatraczek...
Obiecałem kiedyś zdjecia z wyjazdu sylwestrowego... Ale z powodu popsucia się aparatu cyfrowego zdjęcia na moim komputerze pojawiły się dopiero parę dni temu... Głupio tak wrzucać zdjęcia z sylwestra 2 tygodnie po... Szczególnie jak się czasu nie ma (albo nie powinno mieć).
Ale wiatraczek mi się podoba i go sobie tu upublicznię. A co... Dla kolejnych pokoleń. Przynajmniej on jeden.
Dla chcących wiedzieć co to za miejsce: 4 wiatraki nad miejscowością Skalite stoją. To Słowacja, blisko Zwardonia.
Tagi: skalite, wiatraki, zachód słońca, zwardoń,
Śmierć słowackim pogranicznikom!
"Śmierć" słowackim pogranicznikom! A dokładniej jednemu spotkanemu w miejscowości Skalite-Serafinov. A dokładniej to życzę mu braku pracy po wejściu do Strefy Schengen. A było to tak...
Byłem na wyjeździe sylwestrowym w Zwardoniu (na chatce Skalanka). Pewnego dnia zrobiliśmy sobie wycieczkę pieszą na Słowację. Przeszliśmy legalnie przez przejście turystyczne na Górce Gomółka i zeszliśmy na dół wzdłuż słowackiego stoku (nawiasem mówiąc słabo przygotowanego - ambitnie tam jeździli narciarze po trawie ;) Połaziliśmy po wiosce, pooglądaliśmy wiatraki słowackie z bliska oraz budowę mostu na przyszłej ekspresówce... Poszliśmy też coś zjeść.
A, że poprzedniego dnia poszliśmy późno spać to poźno wstaliśmy. Z tego wynika, że późno byliśmy na Słowacji. Około 15:30 zamówilśmy vyprażany syr i piwo... Zanim się w tej restauracji uwinęli to minęło dużo czasu...
Około godziny 17 zmierzaliśmy (w 7 osób) w stronę przejścia turystycznego (wiedzieliśmy, że jest czynne do 16 - kto wymyślił takie godziny otwarcia?). Na dole stoku, którym zamierzalśmy się wspinać pojawił się ON. Miał mundur, okulary i czapeczkę... I nie miał przyjaznego uśmiechu. Obok niego piło piwo kilku Polaków.
Zapytał się dokąd zdążamy. Odpowiadamy, że do Zwardonia. On prosi o dokumenty. Pokazujemy dowody i paszporty. On sprawdza i mówi, że przejście nieczynne... I pokazuje palcem kierunek przeciwny do naszego celu. Tam gdzieś jest przejście drogowe... Mamy się tam udać.
Zamiast pół godziny drogi, ciepła na chatce (względnego), piwa (dobrego), towarzystwa (miłego - bo część osób już doszła tam wcześniej) my robimy wycieczkę nocną... Oglądamy przejście graniczne (jeszcze to stare). Na tym przejściu oglądamy ponownie JEGO twarz. Znajduję się tam też tych paru Polaków spod stoku. Nie wzięli dokumentów (nieźle inteligentni, co nie). Ale przynajmniej białą Skodą z napisem POLICIA podwieźli ich na to przejście... Nas nie... Policyjny samochód mijał nas co najmniej z 5 razy w czasie tej naszej wycieczki.
Dwa czy trzy dni później w knajpie w Zwardoniu oglądamy JEGO czapkę na głowie awanturującego się o muzykę turysty (pierwszy raz widziałem jak kogoś wybraszają z knajpy - tak troche ostro)... Czyżby on GO tentego? ;) A kolejnym nawiasem mówiąc knajpa (blisko dworca) też marna... Czekać na gofra 50 minut? Bez przesady...
A wogóle to granice powinny zniknąć. Układ z Schengen niech wreszcie zostanie wprowadzony w Polsce...
Byłyby zdjecia (JEGO w czapce niestety nie) gdyby się coś nie stało dziwnego aparatowi... Właśnie się gwarancja skończyła - czyżby wiedział? ;)
A co do wyjazdu to był bardzo udany :) 5dni bez kontaktu z normalnym światem, oszczędzanie wody i papieru toaletowego, mazanie się kisielem, tarzanie się w śniegu, palenie w piecu węglowym, kiełbaski i chleb na kominku, wspólne żarcie... Było fajnie :) Chcę jeszcze... Kiedy znowu jedziemy?
Tagi: , granica, pogranicznik, skalite, straż graniczna, słowacja, zwardoń,
Ty draniu i bandziorze! Zostaw te tablice! ;)
Na szlakach górskich można spotkać dziwne rzeczy... Szczególnie jeżeli są to teksty pisane. I jeżeli jest to Beskid Mały. Wtedy na tablicach z informacjami o szlakach pojawiają dziwactwa... Takie jak znakowe oznaczenie przełęczy czy szczytów (iksiki i nawiasiki). Można się też przestraszyć gdy się dowiemy kto po górach chodzi i co tam robi:
Tylko dranie i bandziory niszczą i zabierają tablice.
Na szczęście następny znak może nas podratować. Dowiemy sie, że wcale złymi ludźmi nie jesteśmy i nie zabierzemy tej tablicy, bo:
Ojciec Święty patrzy....
Jakby nie patrzył to oczywiście by wylądowała w placaku. Co nie? Ale co On ma ze znakami turystycznymi wspólnego? Chociaż... Pewnie więcej niż sponsor tablic - firma Emalkent. Na każdej takiej metalowej emaliowanej tablicy jest jej nazwa. Brakuje tylko numeru telefonu i adresu www...
Nie wiem czemu, ale o wiele bardziej lubię tablice drewniane. Drzewa ich "nie zjada" no i złomiarzy nie kusi... Ale PTTK z Wadowic robi jak uważa... Dziwnie uważa. Ciekawe czy to złomiarzy powstrzymuje. Zdjęcia wykonane 3 tygodnie w Beskidzie Małym - parę innych "ciekawych" znaków tam znajdziecie ;)
Tagi: beskid mały, pttk wadowice, szlak, znaki turystyczne,
Muzeum browaru w Żywcu - prawie jak muzeum ;)
Równo tydzień temu udało mi wraz ze znajomymi ze studiów zwiedzić Muzeum Browaru jak i sam browar w Żywcu. Muzeum zostało otwarte na początku września 2006 czyli bardzo niedawno - pewnie niewiele osób jeszcze o tym wie. Nowość widać na pierwszy rzut oka.
To nie jest zwykłe muzeum - tu można wszystkiego dotknąć, obejść czy wejść, pobiegać pograć w kręgle, napić się... ;)
Ale od początku... Żywiecki Browar znajduje się przy głównej drodze z Żywca w stronę Zwardonia - 20 minut piechotą od dworca w Żywcu. Muzeum znajduje się w Browarze - a dokładniej to pod nim - w dawnych leżakowniach piwa. Zwiedzanie kosztuje 12 lub 15 zł (to droższe o 3zł obejmuje wejście do części produkcyjnej). Cena obejmuje zwiedzanie z przewodnikiem, 0,3l piwa (lub soczek dla niepełnoletnich i uwiązanych pojazdami silnikowymi) oraz kufel. Drogo? Wydawało nam się, że tak. Ale tylko do wejścia.
Nie wiem ile pieniędzy browar wydał na stworzenie tego muzeum, ale w takim jeszcze nie byłem - kilkadziesiąt (bliżej setki) płaskich ekranów, kilka projektorów, głośniki z nagranymi wypowiedziami różnych ludzi (także odgrywane przez aktorów scenki historyczne - np. rozmowy w XIX wiecznej karczmie...).
Przy wejściu trochę długie sprzedawanie biletów. 2 osobom sprawdzili też z dowody pełnoletności - (jedną koleżankę i... mnie). Zawsze wiedziałem, że jestem piękny, młody i nie wyglądam na swoje dwie dwójki... :) Nasze wielkie plecaki (bo zwiedzanie mieliśmy w trakcie drogi do Zwardnonia) udało się przechować w pomieszczeniu dla pracowników (są także schowki - nasze się tam nie mieściły...).
Przewodniczka opowiadała nam dużo... Ale ciekawie. I miło. Pierwsze wrażenie - otwarte usta - ale to wygląda... Co tu robią jakieś fontanty... Ale to fajne...
Najpierw informacje z czego robi się piwo, gdzie jakie budynki stoją, jak to wyglądało dawniej. Trochę historii... No i... wehikułem czasu (dzieci będą miały niezłą radochę) przenieśliśmy się na XIX-wieczna uliczkę w Żywcu. Taką bardzo prawdziwą... Gdy się weszło w zaułek to pies atakował... Pies na fotokomórkę :) Uliczkę widać na zdjeciach - w każdym budynku był ktoś coś robiący dla browaru (drukarz, gościu od beczek - nie wiem jak mu szło ;). Byli też sprzedawcy - nawet targowali się o cenę piwa. Kawałek dalej weszliśmy do gwarnej knajpy... z "prawie" prawdziwymi koścmi na talerzach... I widokiem za okno... W kuflach jednak było sucho.
Następnie były przedstawione dawne urządzenia i przyrządy do produkcji piwa. Czas szybko płynął. Tak szybko że pojawiliśmy sie w restauracji z lat 20 XX. wieku. Baa... nawet tam kręgielnia była. Przewodniczka miała stalowe nerwy - mogliśmy pograć parę chwil... Polać nikt nam tam jeszcze nie chciał. Potem bombardowanie w 1939 - patrzyliśmy w sufit. Znaczy w niebo z niemieckimi samolotami.
Błądziliśmy w lustrzanym labiryncie, przeszliśmy drogę, którą każda butelka przechodzi aby dojść do baru gdzie nam polano w końcu to 0,3 Żywca. Tam też dostaliśmy czas na wypicie (chyba za mało jednak - przewodniczka za drugim podejściem nas wyciągła stamtąd). No i zastanawialiśmy się co zrobimy kuflami w górkich plecakach. Na szczęście wszystkie przeżyły.
Kolejną częścią były hale produkcyjne - czyli warzelnia (pracownik odpowiedzialny za sterowanie w wolnym czasie na jednym z 8 komputerów przeglądał aukcje allegro). Także stara warzelnia, gdzie można było do kadzi zajrzeć. Potem jeszcze puszkownia (60 000 puszek na godzinę - uwierzycie?) i butelkownia (potworny hałas). Nas interesowany odrzuty z taśmy (czyli puszki, które sobie "wyskoczyły"). Nie udostępniono nam ich jednak. Szkoda...
Całe zwiedzanie muzeum i browaru zajęło nam prawie 3 godziny. Warto było. Jeżeli kogoś zacheciłem to się cieszę. Po zwiedzeniu można sobie posiedziedzieć przy piwie w restauracji przy browarze. Bo chodzenie z wielkimi plecakami po całym zakładzie moze być męczące. Tanie piwo to plus tej knajpy :)
p.s. fajne koszulki tam mają... Kupi mi ktoś? ;)
- Strona muzeum browaru w Żywcu - że strona jest dziwna to pozwole sobie tu umieścić numer telefonu do nich - można się szczegółów dowiedzieć. I zarezerwować. Numer to: 0-33 861 24 57.
- Galeria moich zdjęć - troszkę więcej niż we wpisie umieściłem :)
- Zdjęcia robił także Pawełek - nawet parę umieścił u siebie (ciekawe co dostanę za reklamę ;)
Tagi: , browar, muzeum browaru, piwo, Żywiec,
Adaś i Mała Fatra - długa relacja
Pod koniec sierpnia udało mi się w góry pojechać jeszcze. A udało dlatego, że wcześniejszy wyjazd w Tatry nie wypalił. Dlatego chciałem mordować ;) Wyjazd w Małą Fatrę na Słowację zaproponowano mi w sobotę wieczorem - wyjazd w poniedziałek o 5:37 z Tarnowskich Gór pociągiem.
Jeżeli to kogoś zainteresuje to na Małą Fatrę (albo do Żyliny) z Katowic pociągiem najłatwiej dostać się następująco (tak my zrobiliśmy):
- Bilet PKP kupić do Zwardonia - studencki z Tarnowskich Gór kosztuje 11,65 zł (z katowic będzie pewnie 2 zł taniej)
- Wsiąść do pociągu byle jakiego... znaczy do Zakopanego przez Bielsko (czyli Ornaka) - parę minut po 7 rano.
- W Bielsku przesiadka na pociąg z Krakowa do Żyliny - po 9 rano. Następnie w pociągu przed granicą należy kupić bilet-przejazdówkę przez granicę (za 4,80 zł). Przez granicę przejechaliśmy autobusem, który czekał na to aż wszyscy kupią przejazdówki w kasie. A autobusem dlatego, że remont torów był na granicy.
- Po stronie słowackiej trzeba kupić u konduktora (lub w kasie) bilet do Żyliny (my wybraliśmy od razu miejscowość Streczno kilkanaście km dalej - tam zaczyna się główny szlak przez Małą Fatrę). Bilet kosztował nas 56 Sk. Ale kupiliśmy go w Cadcy (przejazd do niej mieliśmy gratis - nie wpadliśmy na to, że pociągu nie będzie w Skalitym - nie wysiedliśmy tam ;)
W sumie koszt dojazdu wyniósł nas ponad 20 zł. A po co takie kombinowanie? Aby nie płacić za taki sam przejazd ponad 50-60 zł (tyle kosztował bilet w polskiej kasie PKP). I jeszcze jedno spostrzeżenie - Słowacka kolej marnuje papier - każda osoba miała swój bilet - w polsce można mieć kilka osób na jednym. Wkurzające to jest gdy w kasie jest jedna drukarka drukująca te bilety przez 2 minuty...
W Żylinie zrobiliśmy szybkie przejście przez przepiękne centrum (nadrobione dłuższym w drodze powrotnej). Po całym tym kombinowaniu z biletami (i szukaniu prawidłowej osobówki - Rychlik o nazwie "Streczno" nie zatrzymuje się w Strecznie) dojechaliśmy około 14 do miejscowości Streczno. Znajduje się tam zamek. Ceny 50/30 Sk za zwiedzanie - pani przewodnik nadawała jak nakręcona (niewiele z tego co mówiła zrozumiałem). A z taką "przyjemnością" nas oprowadzała, że miałem ochotę z wieży skoczyć. Ale zamek ładny. I widok na Dolinę Wagu... :)
Tagi: , Mała Fatra, Słowacja, góry, kolej, pociąg,
Ubuntu było wysoko
W tym tygodniu pochodziłem sobie troszkę po Małej Fatrze na Słowacji i robiłem zdjęcia różne. Opis tego wyjazdu oraz zdjęcia pojawią się wkrótce. Teraz napiszę o czymś innym.
Przy przeglądaniu zdjęć z tego wyjazdu natrafiłem na pewną nalepkę z napisem Ubuntu. Na słupku. A słupek znajdował sie na szczycie Wielkiego Rosutca (1610 m n.p.m.). Na szczycie jej nie zauważyłem - były ciekawsze widoki dookoła. Teraz się przyznawać, który to tam nalepił ;) Polaków dużo tam przechodzi, więc może to ktoś od nas? A może ktoś udokumentował wyżej umieszczoną nalepkę?
Tagi: góry, linux, mała fatra, słowacja, ubuntu,
Jestem niedobry - będe mordował...
I czemu mnie tam nie ma? No cholera... Bo, miałem być w Tatrach... Miałem, ale nie jestem... No cholera jasna... Jak tylko wróce na studia to wszystkich tam wymorduję. A tak... taki będe niedobry...
Może ta Mała Fatra w poniedziałek wypali. Jeden plus :)
p.s. Proszę traktować wpis strasznie niepoważnie ;) Ci co mają wiedzieć o co chodzi wiedzą. Reszta nie musi...
Tagi: bez tagów tym razem :P,
Ja żyję... To tylko komputer padł
Padł mi komputer oraz monitor. Parę dni temu. Dlatego mnie nie ma w internecie. Ale żyje...
Zdobyłem ze znajomymi w ten weekend Babią Górę. Pogoda było świetna, zgubiliśmy się tylko 2 razy. I osuwisko na zamkniętym czerwonym szlaku jest do przejścia. Znaczy nie jest straszne - niebezpieczniej może być na Perci Akademików. A ja z własnym aparatem już na nią chyba nie wejdę nigdy. Tym razem aparat pojechał beze mnie na Małą Fatrę. Dobrze, że się tym razem nie zpsuł.
Spod babiej (a dokładniej Głuchaczek) w 3 osoby wróciliśmy stopem. Drugi samochód przejeżdzajacy się zatrzymał i od razu nas kobieta zawiozła do Katowic. Prawda, ze szczeście? A jechała strasznie szybko :) Godzina czterdzieści i byliśmy. Czasami najwieksze głupki maja szczęście. Pozdrowienie dla pani inżynier budownictwa z gliwickiej Politechniki :)
Co jeszcze napisać? A to, że minął mnie moment utworzenia 250 000 artykułu w Wikipedii. :)
Tagi: autostop, babia góra, góry, wikipedia,
Adaś stachurzysta wizjoner
No musiałem to wkleić dla potomności :)
Przewodnik stachurysta wizjoner (wspomnijmy dokonania naszego kolegi Adama D.):
motto "... będziemy szaleć nienagannie ! Będziemy naprzód niesłychanie ! Ku polanie ! (...)".
Przewodnik mający swoją wypaczoną wizję górskiej wędrówki i trzymający się jej ściśle pomimo braku zaangażowania grupy; często tego rodzaju postawa czerpie z innych nurtów np.: z raftingu (umiejętne prowadzenie w terenie, tak aby zapewnić grupie maksimum doznań związanych z wielokrotnym przekraczaniem strumieni, rzek i mokradeł).
Tak, to o mnie ;) A wszystko dlatego, że prowadząc grupę musiałem z pewnej polanki wyprowadzić ją do pewnej (i tak nieistniejącej) słowackiej wioski. I nie ma bata - przez rzekę i tak mieliśmy przejść. A, że tam gdzie myślałem, że będzie mostek ("nadzieja matką głupich") to trzeba było sie zmoczyć :) No i parę jarów się przeszło...
Istnieją także inne wersje stachuryzmu → więcej znajdziecie na stronie kursu :)
p.s. Miałem napisać o tym kursowym wyjeździe oraz o następnym nie kursowym ale jakoś mi się nie chce ;) Taki leniwy jestem. A teraz jak bym zaczął to by już to sensu nie miało - pisać o weekendzie majowym tydzień po nim? Ehh...
← Wcześniejsze wpisy ↓


