W Tatry - sylwestrowa, spóźniona relacja
Godzina 3:30 - pobudka. Trzeba zdążyć na pierwszą 19 do Bytomia, a potem na pierwsze 820 do Katowic. A po co tak wcześnie? A po to aby się jeszcze tego samego dnia pojawić na jakimś tatrzańskim szczycie... (niekoniecznie wysokim). Na dworcu w Katowicach spotyka się 5 wariatów i jedna jeszcze nie zwarjaciowała...
Ruszamy do miasta pod ziemią
Wsiadamy do osobówki do Krakowa. Na peronie obok stoi sobie TLK do Zakopca (pociąg jadący wolniej niż osobówka, a na dodatek spóźniona godzinę i jeszcze droższy). Będzie nas gonić... Ale my się nie damy... i uciekniemy ze średnią prędkością 50km/h... W pociągu mamy spokój. Współpasażerowie niekoniecznie go mają jeżeli słuchają naszych inteligentnych rozmów... W Krakowie bieg z peronu na peron ("W prawo, a nie w lewo!!"). Na schodach uratowałem komuś spadające jabłko... Ale zdążył mi ten ktoś zwiać, więc nie otrzymał go z powrotem.
Pociąg do Zakopanego pustawy. Można się wygodnie rozsiąść i zasnąć... Nie, my nie zasypiamy... my kontemplujemy wschodzące słońce przemieszczające się po nieboskłonie z zawrotną prędkością (a może to pociąg zmieniał kierunki co chwilę, że "nasza gwiazda" raziła mnie cały czas?).
Zakopane. "Szukacie noclegu? Tanio." Nie szukamy. Mamy, tanio. Po przemieszczeniu się przez miasto i Krupówki (po co one...) dochodzimy do naszego miejsca noclegowego. Do naszego poddasza. Przy wyjeździe będą nas boleć plecy od ciągłego schylania się. Andzię nie będą boleć bo to silna kobieta :P
Sarni skok na skałę
Chwila na przebranie i ruszamy. Pierwsza trasa to Dolina Białego - Sarnia Skała - Dolina Strążyska + wodospad Siklawica. Wychodzimy koło 12-13, więc powinniśmy zdążyć przed zmrokiem. Testujemy kijki trekingowe - pomagają przy podchodzeniu i przeszkadzają przy robieniu zdjęć. W dolince Białego pełno białego śniegu, a aparaty uparły się na robienie zdjęć niebieskiego śniegu. Dolinką spaceruje dużo turystów. Im bliżej Sarniej Skały tym ich jednak mniej. Ale za to się zmienia struktura ubieranego obuwia - w lakierkach to się nieźle zjeżdża po szlaku, co nie? No chyba, że ma się sanki próbuje się je wykorzystać do zjazdu pomiędzy skałami i drzewami...
Niebo bez żadnej chmurki, więc zaobserwowano widoki na:
- pana rycerza przyprószonego śniegiem (parę osób na szczycie)
- smog typu zakopiańskiego w dole
- kawałek Tatr Zachodnich (m.in. na Kominiarski Wierch, ale jakiś taki dziwny z tej strony)
- kawałek Tatr Wysokich i może Bielskich
- no i oczywiście Babią, Pilsko, Gorce.
Przepięknie. Schodzimy krokiem ślizgowym (telemarkiem lub tyłkomarkiem) do Doliny Strążyska (niektórym nawet trzymanie się poręczy nie pomagało). Tam odwiedzamy wodospad, oglądamy ceny w bacówce na polanie i wychodzimy z doliny. Bo cen nie zdzierżymy. Należy też pamiętać aby nie ślizgać się tam gdzie ja, bo może się to skończyć wybiciem biodra ;) Co nie, Andzia? ;)
Terror i bunt grzańcowy
W grupie naszej znajduje się pewien terrorysta. Znany studentom wydziału IŚiE baaardzo ostry doktorant. Ostry nie tylko dla studentów - dla znajomych także. Kazał to - robiliśmy to, kazał tamto - robiliśmy tamto. Chociaż po pewnym czasie zaczęły się bunty ;) Ale za dużo nie wskóraliśmy. No więc kazał nam iść przez całe Zakopane do pewnej chaty gdzie kobietom zabierają staniki, a facetom majtki (chyba, że też mają staniki). Ale, że szczęścia ci u nas dostatek - było za dużo chętnych do pozbycia się bielizny, więc nasze majtki przeżyły. I tak samo było kolejnego dnia... Na szczęście :D
Kolejny dzień. Dojeżdżają kolejne dwie niewiasty. Niewiasty dzwonią w środku nocy nie do tego mężczyzny co powinny (czyli dzwonią do mnie) i mówią, że "już" dojeżdżają. Zajęło im to prawie godzinę :D Poświęcający się odbiorowi niewiast mężczyzna pokonwersował sobie z góralami na dworcu.
Robimy śniadanie. Herbatę do termosów też. Gdy przychodzi do podgrzewania grzańca w butli brak gazu. Dzień wcześniej byłem maltretowany przez terrorystę i nie mogłem stać przy gotującym się grzańcu. Stać i sprawdzać czy już dobry... A jak go nie było w okolicy i już miałem łyżeczkę w ręku to nie było gazu. Fatum...
Rusinowa Polana z pasącą się gąską...
Podążamy w kierunku jakiejś drogi, po której poruszają się busiki. Wsiadamy do takiego jednego. Inspektorat Transportu Drogowego miałbym niezłe żniwo w tym zapełnionym po dach busiku... A jedziemy gdzie? Na Wiktorówki. A dokładnie to na Zazadnią (niezła nanazwa ;) Podążając na Rusinową Polanę po drodze mamy małe sanktuarium na Wiktorówkach. Przy podchodzeniu niejaki terrorysta terroryzował tyły za zbyt wolną jazdę ;) I za wygłupy ;) Ale jak się tu nie wygłupiać w takich przepięknych okolicznościach przyrody.
Rusinowa Polana. Cud, miód i śnieżynki... Widok na Tatry Zachodnie i adaś udaję, że wie co gdzie jest. Może mi wierzą. A nawet jak nie to nie mają wyjścia :D
Czekolada!! Chyba nawet z rodzynkami (czyli drugim owocem, który jem)!
Po odpoczynku spożytkowanym na kontemplowaniu widoków (takich jak na zdjęciach obok) ruszamy w górę. Na gęgę... Gęsią Szyję. Powoli po śniegu, z potem na skroni. z mozołem na... Z mozołem na niczym ;) Po dotarciu na szczyt rozpościerają się przed nami kolejne widoki. I znowu udaję, że wiem co gdzie jest. Potem mnie jakiś turysta prostuję... Trzeba kiedyś po tych Wysokich Tatrach pochodzić wreszcie, bo kobiety będą mi nie ufać jeszcze w sprawie panoramkowania ;)
Na gęsiej szyi odbywa się też posiłek :) Kanapki takie, kanapki takie, herbatka taka lub inna, czekolada :D I sesja zdjęciowa: np. "Adaś + 3 baby z czego co najmniej jedna zimna i ośnieżona", "3 baby", "baba zamyślona z inną babą w tle". Bo widok też na Babią był :)
Gimnastyka daje wiele radości
Rozpoczynamy schodzenie. Szlak wydeptany, więc większych problemów nie było. Dochodzimy do jakiejś polanki, gdzie nam odbiło. I zaczęliśmy po niej biegać (w głębokim śniegu) i się rzucać na siebie itp. Mam nadzieję, że nikt z TPN tego czytać nie będzie :D
Po lekkiej gimnastyce ruszamy dalej wśród drzew ośnieżonych, mostków drewnianych do Doliny Suchej Wody. Ktoś dostaje informację, że w Tatrach lawina paru turystów zasypała. Trzeba się tłumaczyć, że to nie nas. Że my jesteśmy stateczni i rozważni. Hihih...
W Dolinie Suchej Wody dziwią nas pomarańczowo-czarne kratownice "Uwaga! Lawiny" na szlaku którym przyszliśmy z Gęsiej Szyi. Tylko skąd tam mogło coś zjechać? Można prosić o oświecenie? Po kilkudziesięciu minutach dochodzimy do Topolowej Cyrhli. I tam łapiemy stopa ;) I tu zaczyna się pewna opowieść z cyklu "Wierzę w ludzi". No to po kolei.
Wierzę w ludzi, cześć II
Wystawiam łapkę. Stojący przy przystanku otwiera okno i mówi, że podwiezie. No to wrzucamy tam 4 osoby. Później sie okazało, że musiały zapłacić... No cóż. Kolejne 2 osoby i jadą z jakąś rodzinką. A ja i żaba ostatnim stopem z Krakusem. Porozmawialiśmy sobie miło o nartach ("Zakopane nic nie proponuję - wolę Słowację"), imprezach sylwestrowych ("Nie idźcie na Krupówki chyba, że chcecie dostać szkłem"). Słuchaliśmy Trójki (Top wszechczasów). Kierowca był tak miły, że nas wysadził w miejscu gdzie chcieliśmy (nadłożył trochę drogi).
No i po jego odjeździe olśnienie. Zostawiłem tam plecak od Andzi, a w nim moje dokumenty, jej dokumenty i portfel. Czad. Najpierw ciche minuty, potem rozważania kiedy on otworzy mój portfel i kiedy zobaczy tam numer telefonu. Były też myśli o tym aby do Trójki zadzwonić i prosić o kontakt na antenie :) Ale rozważanie przerwał telefon do mnie. "Ma pan bardzo dużo szczęścia. Proszę się stawić tu i tu" ;)
Po drodze z Andzią myślimy co kolesiowi kupić... W sklepie stanęło na jakimś Stocku. Przy odbiorze nie chciał przyjąć, więc zostaliśmy ze sztokiem, którego za bardzo nie lubimy... Może wymienimy? No to ładnie w sklepie poszukujemy sprzedawczyni, która nam sprzedała to... "Eee... to nie ta... tamta była starsza". Potem sprzedawczynie odsyłają nas sobie aż do kierowniczki. Następnie doktorantka pokazała, że potrafi dodawać: 16+16=34. Zaopatrzeni w 2 wina idziemy witać nowy rok :)
Taniec z Benkiem
Ktoś zagadał do księdza (opiekuna naszego noclegu) o jakieś pomieszczenie na tańce i radio. Udało się - mamy też kominek (technika spalania) i potret zawsze czujnego Benedykta XVI. :D I całe pomieszczenie dla naszej ósemki. W termosach grzańce z naszych win. Znaczy wina ;) Terrorysta + jeszcze nie zwariaciowała dali popis tańca. Potem próbowali innych nauczyć czegoś - oporni niektórzy są :D
Potem wyjście na Wierszyki czyli pagórek z widokiem i termosem. Tu robi ktoś jakieś bum, tam bum. I tak z godzinę. A to Szymoszkowa próbuję pobić Gubałówke, a to Gubałówka Kościeliśko, a to centrum próbuje pobić Wierszyki. Od razu się pokazał tzw. Zakopiański smog.
Wracając z Barbarą postanowiliśmy popatrzeć na gwiazdy leżąc na śniegu. I duch pomocy w narodzie nie ginie po wpływie. Parę przechodzących grupek pyta się czy nam nie pomóc ;) A my tylko oglądamy gwiazdy. Kilka osób spróbowało też poleżeć chwilę z nami ;) Ale i tak nic nie spadło.
Pączkowanie przez podział
1 stycznia. Nowy rok. Od rana trwają przekonywania Andzi do iścia na narty lub snowboad. Negocjacje przegrała sekcja narciarska - Andzia zasila górski Terrorystan. Oni poszli na Wielki Kopieniec oraz Nosal. A sekcja narciarska na Szymoszkową. Autor też... :) Wypożyczenie nart na 4 godziny ("Damy radę?") i karnet. Na początku spokojnie - kolejek brak. Stok ładny. Jak na umiejętności adasia to za ostry na początku a potem jakiś taki za płaski. Ale źle nie było.
Jakoś tak co chwile na mnie jakieś kobiety wpadały - a to na stoku, a to jedna wyłożyła się przede mną na schodach ("Czy cały aparat? Uff... Cały. A panu nic się nie stało?"). Jakiś tak przyciągający jestem chyba... (Taaa....). W kolejce do wyciągu język polski ciężko było usłyszeć. Cała Europa jeździ na Szymoszkowej: Rosjanie, Ukraińcy, Francuzi, Niemcy, Węgrzy, Anglicy i jakieś inne nieznane nam bliżej języki. A Polacy jeżdżą w Beskidach czy Białce? ;) Ciekawe kiedy szanowna pani Żaba udostępni zdjęcia z nart...
Powrót na nocleg a tam jedzonko :) Były 2 rodzaje pulpy. Każda dobra ;) Chociaż niezwarjaciowana patrzyła na nie jakimiś strasznie wybałuszonymi oczami ;) Na jajecznicę zresztą też ;)
Żegnamy się z 2 kobietami, które idą sobie na pociąg. Wieczorem smakujemy różne rodzaje win: hiszpańskie, chilijskie, bułgarskie i węgierskie. Poszukiwania wina (bo nam brakło) zaprowadziły mnie do sklepu w okolicy Krupówek. Po drodze zauważyłem, że połowa bankomatów nie działa. A pomiędzy nimi przemieszczają się ludzie z wypisanym na twarzy pytaniem: "ten też nie działa?".
Powrót czyli jak to pani konduktor nie wie gdzie Dąbrowa Górnicza.
2 stycznia. Czas ruszać. Najpierw wyprawa do bliziutkiej Dziury - Dolina ku Dziurze. No i trzeba ruszać na pociąg. Na tej wielkiej ulicy bez klimatu poszukuję mojego bankomatu... Jest, ale nie działa. Kilka innych też nie. W 2 działających nie chce mi wypłacić. Dopiero trzeci się nie buntuje. Potem próba zakupu biletu w kasie... Kolejki. Rezygnacja.
Wsiadamy do pociągu, przyjmuję zamówienia i lecę męczyć konduktorkę. 3 bilety w promocji "Ty i raz dwa trzy" do Zabrza, jeden studencki do Gliwic (dla nie zwarjaciowanej), jeden do Katowic + pośpiech do Rybnika no i jeden terrorystyczny do Oświęcimia. Oczywiście, żeby nie było za łatwo wszystkie miały być przez Dąbrowę Górniczą Ząbkowice :D Konduktora zaskoczona. Chociaż co się dziwić, że biedna kobieta nie wie gdzie Zagłębie :D
- Panie... A gdzie to jest... Ja tego nie mam.
- Da mi pani rozkład sieciowy to pani znajdę.
- Dobrze. Ale niech pan policzy jeszcze kilometry...
Trochę to trwało. Ale się w końcu udało. Dowiedziałem, się też biletu na pośpiech nie można kupić u konduktorki osobówki. Przekombinowane. Po udanych zakupach (gdzieś w okolicy Nowego Targu) mogę wreszcie zjeść swojego hamburgera. Czyli obiad. Po drodze już troszkę zmęczeni nie powodujemy uszczerbku na umysłach współpasażerów. Bo obok nas piją wódkę i śpiewają czasami. Są poza konkurencją.
W Krakowie bieg na osobówkę do Częstochowy. Mamy ponad godzinę stania. Wysiadamy w Dąbrowie Górniczej Ząbkowicach i wsiadamy po paru minutach do piętrusa do Gliwic. Pustego piętrusa. I tak oto nasza podróż dobiega końca. ;)
Jak ktoś jest zainteresowany zdjęciami to polecam moją galerię oraz galerię Patryka ("Eee... ale on tych zdjęć nie przebrał" ;) ) Wybaczcie, że relacja kilkanaście dni po wydarzeniu... Bo z relacjami jak z winem... ;)
Tagi:
gęsia szyja pkp rusinowa polana sarnia skała tatry zakopane
← Pierwsza w 2009 Opera 10 ;) (testowa oczywiście) ↓ Szombierkowanie w Kraftwerk Oberschlesien - Elektrociepłownia Szombierki zaprasza →
Komentarze:
adas # |
dnia 18 stycznia 2009, o godzinie 20:32:40
Ten o piątej rano z Katowic jest ładnie skomunikowany z tym do Zakopanego, więc się nic nie czeka ;) A powrotny właśnie przez Ząbkowice był bez długiego czekania ;) No i PKS-ie nie można chodzić w japonkach ;)
svistu # | dnia 18 stycznia 2009, o godzinie 20:44:04
O właśnie na ten się zawsze spóźniałem… :D
tak z Ciekawości – skoro dojeżdżasz do Btm 19 czyli wnioskuję, że ze Stroszka albo Łagiewnik jesteś :)
svistu # | dnia 18 stycznia 2009, o godzinie 20:55:14
Kurde umknęło mi :D Czyli Tarnowskie Góry albo Radzionków (stawiam Lecha 0,66 że Radzionków albo okolice)
adas # |
dnia 18 stycznia 2009, o godzinie 20:56:37
No to mam Lecha :D A nie można go na dęba wymienić? ;)
svistu # | dnia 18 stycznia 2009, o godzinie 20:57:20
Byleby nie na Karmi albo Redsa :D
Dodaj swój komentarz:
W komentarzach działa formatowanie tekstu Markdown. Dowiedz się jak z tego korzystać.
*To jest tekst z emfazą* - To jest tekst z emfazą (<em>To jest tekst z emfazą</em>)
**To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany')** - To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany') (<strong>To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany')</strong>)
* To jest lista
* Kilku elementów
- To jest lista
- Kilku elementów



svistu # | dnia 18 stycznia 2009, o godzinie 20:26:48
Z tego co pamiętam w Krakowie czeka się godzinę na pociąg do Zakopanego (możliwe że po prostu ja na taki kurs zawsze trafiałem) dlatego ja zawsze w Krk przesiadałem się na PKS.
Jeżeli dobrze zrozumiałem to mieliście jakąś swoją chatkę w Zakopanem – pozazdrościć.
A co do rozkładu wycieczek – następnym razem PROSZĘ weźcie mnie ze sobą; ja tych okolic nie znam a moi znajomi umieją mnie oprowadzić wyłącznie po knajpach na Krupówkach :(
Cieszę się, że się Wam udała ‘misja’