Z Taize autostopem na południe - autostopowa relacja, część 3
Pamiętasz co się działo wcześniej? Nie czytałeś? Jak tak można... Część pierwsza oraz druga relacji z wyjazdu autospowego Andzi, Żaby i adasia. Takie nasze wspólne 4500 km. Trochę mi powoli idzie relacjonowanie, ale cierpliwości nigdy dość ;)
No to dojechaliśmy do Taizé około 19 w sobotę. Wysiadamy, zaraz jakaś dziewczyna do nas podbiega i zaprasza do zapisania się. No to podążamy za nią i przekazuje nas Polakowi (sama była chyba Niemką). Dostajemy mapkę, informację gdzie się rozbić i sobie rozmawiamy... Podchodzi kolejna Polka i mówi do tamtego Polaka: "czy zauważyłeś, że to sąsiedzi?" I wskazuje na moją koszulkę z napisem Politechnika Śląska.
Taizowskie osiem dni
Rozbijamy namiot. No i robimy krótki spacer. Pojawiamy się też na wieczornej modlitwie. Właśnie... Nie napisałem co to jest Taizé (a nie każdy musi wiedzieć): jest to międzynarodowa wspólnota ekumeniczna. Może być znana z organizacji Europejskich Spotkań Młodych pod koniec roku w różnych miastach Europy. A oprócz tych spotkań ludzie przyjeżdżają do Taize. Tak jak my. Więcej informacji można znaleźć na stronie taize.fr oraz w Wikipedii.
Wieczorna modlitwa (poranna i południowa zresztą też) robi wrażenie. W skrócie: wchodzisz do kościoła, zabierasz śpiewnik, siadasz sobie gdzie chcesz (na podłodze, nie ma ławek) i śpiewasz w różnych językach (nie znanych wcześniej). Po angielsku, francusku, niemiecku, polsku, hiszpańsku, niderlandzku, rosyjsku, łacinie itp... W śpiewniku, jakby co, masz tłumaczenia (aby nie śpiewać bezmyślnie). Śpiewy są medytacyjne (posłuchaj). Czy coś więcej trzeba wiedzieć?
W niedzielę połaziliśmy po okolicy (białe krowy, TGV z daleka, stare kamienne kościółki) oraz trafiliśmy do takiego parku gdzie zrobiliśmy furorę różnymi ćwiczeniami fizycznymi ;) Takimi jak wybicie z biodra. Andzia piłkarką jest... Potem był tzw. łelkom, czyli przywitanie grup przyjeżdżających w niedzielę. I załapaliśmy się na sprzątanie kościoła, a chcieliśmy kuchnię... Wieczorem msza z już wcześniej opisywanym komórkowym księdzem (czytał pismo na mszy z komórki!).
Dalej Taize ;)
No dobra. Ale co jeszcze się tam robi. Nasz dzień po kolei? Wstajemy rano (ok. ósmej) na modlitwę poranną. Dziewczyny dziwiły się, że opornie się budziłem (a to do mnie nie podobne na wyjazdach) Warczały na mnie, że opóźniam wyjście ;) Po modlitwie były śniadania (czyli miska na kakao, bułka, masło, czekolada). Potem oczekiwanie na Extra Food ;) O 10 spotkanie biblijne (wybraliśmy trochę za bardzo ambitne jak na nasze umysły) a po nim spotkania w małych grupach 10-osobowych. Czyli 5 Polaków, 2 Słowaczki, 3 Niemki oraz Anglik (jaki on akcent miał... boszzzee...) Bardzo mało rozmowny byłem (jak zwykle). Cóż poradzę...
Potem pierwsze sprzątanie: razem z jednym młodym Niemcem dostałem odkurzacz. Znaczy taką machinę odkurzającą. Ja pcham, on odkurza. A potem zmiana. Dostaliśmy teren do sprzątnięcia (trochę przeganialiśmy ludzi znajdujących się w kościele jeszcze) i tak od 13 do 14. A potem obiad (więcej niż cała reszta). Obiad w ogrodzie to: tacka, miseczka, jakieś coś (makaron z czymś, warzywa z czymś, ryż czy ziemniaki z czymś - w zależności od dnia), jakiś serek i inna drobnica. Zazwyczaj dobre :) Nawet niejadek adaś nie marudził (marudził tylko co do ilości). Chociaż w pierwszy dzień pracy nie wiedzieliśmy o obiedzie dla sprzątających. No i tego dla wszystkich już nam brakło. Potem nam cała grupa sprzątających co chwilę przypominała: "Dinner in the garden". ;)
W planie dnia następnie były spotkania tematyczne. Mi się udało (przez czysty przypadek) trafić na warsztaty pantomimy. Naprawdę :D Potem zrywałem dziewczynom wyimaginowane kwiatki (taniej, co nie? ;) ).
Cluny od tyłu
W poniedziałek po południu zrobiliśmy sobie 3-godzinny wypad do Cluny - okolicznego miasteczka. Ładne. Nie wiedzieliśmy co się tam znajduję, więc łaziliśmy uliczkami. Weszliśmy w jakąś mniej uczęszczaną. Patrzymy → brama. Wchodzimy? Baa... Schody → Wchodzimy. Oo... sklepik z pamiątkami pełny ludzi. Wyjście ze sklepiku do jakiejś sali (koncertowej?). Z tej sali było kolejne wyjście, tym razem do parku (na tych drzwiach był podobno zakaz wstępu - ja nie pamiętam). A w parku stało sobie, jak gdyby nigdy nic, Opactwo. No to zwiedzamy. Jakieś grupy z przewodnikami nas mijają a wszyscy idą w przeciwną stronę. Dziwne... Na dziedzińcu robię zdjęcia skaczącym dziołchom, ze Śląska ;) Idziemy dalej a tam... kasy. Hmm... Czyli zawracamy i zwiedzamy zgodnie ze strzałkami.
W Taize spędziliśmy 8 dni. Najbardziej nas rozwalały rozmowy z Portugalką (lingwistką). Tak mieszała języki, że uśmiech się pojawiał na naszych twarzach: "People aus Polska" czy też próba wymówienia nazwy pewnego polskiego miasta: Szestoszkowa... Zgadnie ktoś co to za miasto? ;) Z rozmów, ze Słowaczkami wiemy, że język polski polski jest bardziej śmieszny dla Słowaków niż dla nas słowacki. Śmieszył ich drapacz chmur a nas mrakodrap. Do tego nasze "ślisko, ślisko" to wydzielina z nosa po słowacku. Było takich wyrazów co niemiara. Oprócz tego każdy rozmawiał po jakiemu potrafił - Portugalka po portugalsku rozmawiała z Albańczykiem mówiącym po włosku. Czad... Ciekawym doświadczeniem było pranie: była wielka bala na wodę. I aby ją napełnić trzeba było trzymać ją pod prysznicem na klacie i nogą naciskać włączanie wody.
Po modlitwach można sobie pogadać z braćmi (także z tym głównym). No a ja ustawiłem się przy ścianie, wycelowałem aparat i... karząca ręka Alojza mnie dosięgła. Dostałem okrzycz (po francusku) za robienie zdjęć od samego przełożonego wspólnoty :D To coś więcej niż błogosławieństwo. Zdjęcie było bez flesza.
Co jeszcze ciekawego? A na przykład polskie spotkanie z 2 braćmi: jeden (Benua) strzelał takie miny przy pewnej sytuacji, gdzie można było dostać galaretki... Nie jestem w stanie tego opisać - jak Jaś Fasola. Patrząc na niego byliśmy (jak to mówi Andzia) "spulani" ;) Albo rozmowa z polskim bratem Markiem i jego zdanie, że nie korzysta ze Skypa tylko GTalka.
Śmigające TGV i wyjazd z Taize (z bratem)
W okolicy Taize przebiega linia TGV Paryż-Lyon (LGV Sud-Est). Można było zaobserwować pociągi jadące co 2-3 minuty. Nawet z bliska. Ale zrobić takiemu zdjęcie z mostu to jest wyzwanie. Zanim mój Canon A85 ustawił ostrość to TGV już był za mostem. I weź tu rób zdjęcia pociągom. Na jednym z mostów była też tablica z informacją, żeby nie przechodzić przez płot. Nic dziwnego. Ale ta informacja była m.in. po polsku.
Wróćmy jeszcze na chwilę do Taize. Monika miała się skontaktować ze swoją rodziną na południu Francji i poinformować ich o tym, że chyba do nich przyjedziemy. Z tym, że pojawił się problem. Tam nie znano innego języka niż francuski (a mieli znać). A my tego języka za bardzo nie rozumiemy. Z pomocą przyszedł nam brat Marek. Przedstawiliśmy mu nasz problem, daliśmy telefon i... mieliśmy wszystko załatwione. Rano pakowanie i ruszamy. Wychodzimy za Taize i pierwszym kierowcą został... czarnoskóry brat z Taize. Jechał do Cluny do pracy (w stroju roboczym - pracował pewnie w jakiejś fabryce czy warsztacie).
W następnym zaczęły się kłopoty. Znaczy jak zwykle ja źle wybrałem miejsce do zatrzymania. Wskutek czego zrobiliśmy sobie kółeczko z pętelką (do tego robiąc pieszą wycieczkę po Macon). Po południu zostaliśmy na jakimś badziewnym zjeździe na drogę ekspresową. W okolicznej wiosce nie było sklepu, więc aby kupić wodę udałem się restauracji. Zapytałem o cenę: 2,5 Euro. Udałem, że nie zrozumiałem i kobieta mi napisała mi cyferki na kartce. No to zakryłem palcem ",5" i kobieta się zgodziła. Tym sposobem utargowałem 50 centów... Cena i tak straszna, ale wyjścia nie było.
Po kilkukrotnej zmianie kartek wybraliśmy jazdę do jakiegoś miasteczka w okolicy: La Clayette. Znowu limuzyna ;) 30 kilometrów i trafiamy do miasteczka z przepięknym zamkiem, kempingiem i zamkniętymi supermarketami. Po 19 nic nie kupicie w takiej miejscowości (tak jest chyba w całej Francji). W poszukiwaniu sklepu przeszliśmy to całe miasteczko wzdłuż i wszerz. Natykając się na grupę młodych pytamy po angielsku o sklep. Na 6 osób jedna zajarzyła o co nam chodzi, przetłumaczyła reszta i zaczęli nam tłumaczyć jak dojść (po francusku, głośno i wyraźnie ;) ) Doprowadziło to nas do restauracji. Chyba się nie dogadaliśmy. I do tego wina się znowu nie napiliśmy :(
Vodka from Holland - polskie skojarzenia
Rano (12, bo wcześniej lało - genialne peleryny mamy - takie Potterowe) jedziemy dalej. Trafiamy na miłych ludzi, a to nas wywiozą na wylotówkę, a to zaproponują nocleg. Niektórzy mówią po angielsku, niektórzy nie. Może to już pisałem, że jak mówią to mylą Poland z Holland. A potem przychodzi im na myśl pierwsze skojarzenie z Polską: VODKA. Są też tacy, których brat ma żonę z Polski albo koleżanka była w Polsce, bo ma tam chłopaka. Miłość polsko-francuska kwitnie ;)
Tego dnia przejeżdżamy z La Clayette przez Charlieu, Roanne do Thiers. Ostatni odcinek był tragiczny. Po wyjściu wszyscy musieliśmy wyzdrowieć. Klimatyzacja, górskie serpentyny oraz nierówna jazda kierowcy zrobiła swoje. Thiers okazało się miastem strasznie wąskich uliczek. To tam znalazłem ciekawy sposób na przestrzeganie zakazu postoju.
Próbując wydostać się z miasta chcieliśmy pojechać miejskim autobusem pod autostradę. Ale autobus zatrzymał się obok przystanku i zanim zdążyliśmy podnieść plecaki odjechał. Wtedy stanęliśmy w środku miasta, za zakrętem, na wąskiej ulicy. Najpierw chciała nas zabrać jakaś para w małym samochodzie z nieotwieralnym bagażnikiem. Próby otwarcia bagażnika nogami nie dały rezultatu. Po chwili zabrała nas pewna kobieta jadąca do Clermont-Ferrand. Nie chcieliśmy się pakować do wielkiego miasta, więc wysadziła nas na stacji benzynowej, zgodnie z nomenklaturą: lekko badziewnej. 1 samochód na 5 minut? Na stacji spędziliśmy noc, rozbijając namiot pod nadajnikiem sieci komórkowej. Ciekawostka socjologiczna: we Francji kobiety kierujące samochodami przeważają. Naprawdę.
Własny autobus z własnym kierowcą, TA Francuzka i Citroen ORANGE
Rano, tym razem około 10 stajemy na wyjeździe i z żartów pokazujemy kartki kierowcy autobusu. No i tym sposobem mamy wieeeelkiego mercedesa z kierowcą. Nasz pierwszy złapany autobus. Kierowca podstawy angielskiego znał, więc nie było się trudno dogadać. Przejeżdżamy obok Clermont-Ferrand z górującym nad miastem dawnym wulkanem Chaîne des Puys. Jedziemy też nową autostradą (nie było jej ukończonej na naszych kilku mapach). Pełno mostów, wiaduktów nad głębokimi dolinami. Piękne tereny Masywu Centralnego. Wysiadamy na zjeździe w okolicy miasta Tulle.
Tam zatrzymuje się samochód z Francuzką. A może Francuzka w samochodzie? W każdym razie opiszę ją, bo to była TA Francuzka :) Opis wyglądu na specjalne życzenie Darii ;) Czerwona sukienka w białe groszki. Dół sukienki złożony z 2 warstw (jedna to ta w groszki, a pod spodem takie coś podziurkowane też czerwone). Do tego buty: brązowe kowbojki. W samochodzie bałagan. Pomagając jej w porządkowaniu (nieśmiało pomagając) znalazłem gdzieś na siedzeniu jakiś stanik czy też biustonosz ;) Po drodze z nią słuchamy różnej muzyki od rapu z paryskich przedmieść do coverów przebojów śpiewanych przez wokalistę o śmiesznym głosie (żabim?) ;) Dostałem też za zadanie poszukanie w jej torebce komórki. Nie było jej tam, ale za to tam też był straszny bur... bałagan. A że była strasznie miła to zaproponowała nam nocleg i tłumaczyła słowa piosenek :) Jechaliśmy z nią 100km do miasta Aurillac.
W Aurillac Andzia zostaje zagadana przez jakąś cygankę, która zaczyna z nią gadać po niemiecku ;) W czasie łapanie stopa przechodzi obok nas gość z torbą i kartką z napisem Toulusse. Pozdrowił nas i poszedł dalej. Po paru godzinach w słońcu zabiera nas gość, który 2 godziny wcześniej przejeżdżał obok nas. Wysiadamy po 30 km i tam znowu łapiemy dłuuugo. Gdy już chcieliśmy zmienić kierunek to zatrzymał się stary, pomarańczowy, dostawczy Citroen. A z niego wyskakuje kierowca oraz... autostopowicz z torbą powitany wcześniej :) Szybkie przepakowanie dostawczaka i pojawiają się 3 miejsca dla nas. Jedziemy kilkadziesiąt kilometrów ze strasznie śmiesznymi ludźmi :D Po wyjściu wymieniamy się wizytówkami, a za grosiki otrzymujemy centy na szczęście.
Belgijska odsiecz i wreszcie w Sanvensie
Z Figeac zabiera nas Belgijka. Jest tak miła, że chcę nas podwieźć kilkanaście kilometrów dalej niż sama jedzie. Do Sanvensy, naszego celu. No ale się gubimy :D I nie znajdując w okolicy żadnego mieszkańca dzwoni do Thierrego (rodzina Moniki) pytając o drogę. Thierry obiecuje, że za 5 minut będzie. No i przyjeżdża i dziekuje Belgijce za dotrzymanie nam towarzystwa. I tutaj zaczyna się rodzinne spotkanie z genealogią oraz francuską kuchnią w tle. To tyle w części 3. Będzie jeszcze jedna. Nie wiem kiedy :D
Pamiętajcie, że można przeczytać pierwszą i drugą część tej relacji na tym blogu. A także kilka pomniejszych wpisów fotograficznych w kategorii Autostop ;)
← Biblioteka w Tarnowskich Górach przez WWW ↓ Opera 9.60 beta RC 1, Google Chrome oraz coś dla Picasaweb i naszej-klasy.pl →
Komentarze:
daria # | dnia 04 września 2008, o godzinie 21:12:01
to nie jest opis na moje życzenie! to jest krótka wzmianka o jej wyglądzie! na pielgrzymce mówiłeś o TEJ sukience cały wieczór ;-)
daria # | dnia 04 września 2008, o godzinie 21:46:00
W pociągu było nakreślenie tematu, a potem były szczegóły!
daria # | dnia 04 września 2008, o godzinie 22:07:53
tak jest :-)
Andzia # | dnia 05 września 2008, o godzinie 00:05:59
ejjj – a ja bym się chciała dowiedzieć coś więcej na temat waszej dyskusji o TEJ sukience TEJ kobiety ;) Drążmy! :)
żaba;] # | dnia 06 września 2008, o godzinie 13:27:26
tak tak tak, ja ja ja też chcieć wiedzieć coś więcej o TEJ ... ;>
bo Ty Daria nie wiesz, że naszym „celem” było poszukiwanie:
Andzia-Niemca :D
ja-Włocha :D
Adaś-Francuzke :D
podział nastąpił przed wyjazdem podczas losowania rozmówek :)
adas # |
dnia 06 września 2008, o godzinie 13:55:17
I cały czas rozmawiamy o tym kogo ja znalazłem… A dziewczyny nie znalazły? :P
Andzia # | dnia 06 września 2008, o godzinie 21:44:39
halo – a skąd wiesz że ja nie znalazłam? ;)
Andzia # | dnia 06 września 2008, o godzinie 22:00:49
:))
P # | dnia 29 września 2008, o godzinie 17:27:28
świetna relacja!
a tak na marginesie ile kosztowało was jedzenie picie etc.. (ile wydaliście w ciągu całej wyprawy?)
Dodaj swój komentarz:
W komentarzach działa formatowanie tekstu Markdown. Dowiedz się jak z tego korzystać.
*To jest tekst z emfazą* - To jest tekst z emfazą (<em>To jest tekst z emfazą</em>)
**To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany')** - To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany') (<strong>To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany')</strong>)
* To jest lista
* Kilku elementów
- To jest lista
- Kilku elementów



Andzia # | dnia 04 września 2008, o godzinie 20:36:31
Racja – ta kobieta w czerwonej sukience i kowbojkach, z syfiastego, starego auta, była chyba najbardziej wyrazista na całej trasie… I podróż z nią niezapomniana :)