adas@dziugger - jogger

Strasburg i Dijon czyli pierwszy kontakt z Francja (relacja autostopowa część 2)

dnia 26 sierpnia 2008, o godzinie 11:24:03

Czytałeś pierwszą część relacji? Nie? Możesz przeczytać, albo chociaż przyjrzeć się mapie ;) Ten wpis dotyczy kolejnych kilku dni - pierwszy nasz kontakt z Francją, Francuzami, językiem, Marokańczykami, kierowcami autobusów. Od Strasburga przed Dijon do Taize... I to wszystko (no prawie) autostopem w 3 osoby. Więcej wpisów z autostopu po Europie w kategorii Autostop na tym blogu.

Strasburg - bonżur bagietka

16 lipca - dojechaliśmy z rodziną Moniki za most w Strasburgu. I idziemy piechotą w stronę jakiegoś centrum. Powitały nasz krzaki, nierówne ścieżki rowerowe, brak chodników. Krajobraz taki trochę PRL-owy. Niemiło. Jeszcze z nieba coś kropiło - czyli pierwsze francuskie wrażenia średnie. Dochodzimy wreszcie na przystanek tramwajowy. Jaki ten tramwaj dziwny i do tego jeździ po torowisku na murawie... Krótka walka z automatem biletowym: aby wybrać bilet kręci się gałką, a miejsce na wrzucanie monet było niewidoczne dla nas - dziękujemy pierwszej napotkanej Francuzce za wskazanie odpowiedniej dziury ;) Kupujemy bilet za 3,3 Euro - ważny przez 24h dla 3 osób. Super!

Wsiadamy i jedziemy do centrum w poszukiwaniu informacji turystycznej - chodzi o zostawienie bagaży. Tam nas odsyłają na dworzec kolejowy. Tramwaj przejeżdża prze jakiś tunel i... wjeżdża pod ziemię. Takie metro. Na dworcu prześwietlają nam bagaże. Żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia monitora z bebechami naszych plecaków. Dworzec w Strasburgu to stary dworzec (zabytkowy pewnie) zasłonięty przeszkloną, wielką kopułą/jajem/dżdżownicą... Kilka dworców w Polsce powinno się tak zasłonić.

Ruszamy zwiedzać centrum. Nocleg mamy w samym centrum u Johanna z hospitalityclub.org a umówieni jesteśmy z nim około godziny 20, więc zostało kilka godzin. Uliczka tu, piekarnia - wchodzę i próbuję kupić bagietkę. Podobno najlepiej wyszło mi słowo "Bonjour" wypowiedziane takim tonem, że nawet sprzedawczyni gotowa by była mi kasę oddać. A podobno to trzeba wymawiać tak miło i przyjaźnie ;) Potem idziemy tą uliczką, tamtą i się zgubiłem. Znaczy kierunki mi się pokręciły. Chwila studiowania mapy i już wiemy gdzie jesteśmy. Jak można to wchodzimy do kościoła protestanckiego. Przy wejściu kartki w kilkunastu językach (w tym polskim) z opisem wnętrza kościoła. Przechodzi mostem nad kanałem, robimy jakieś zakupy w spożywczaku i siadamy na ławce nad kanałem i jemy :) A co? Można na ławce jeść?

Co dalej? Mamy bilet dobowy to jedźmy do dzielnicy instytucji europejskich. Wsiadamy w jeden tramwaj, na pierwszym przystanku (Plac Republiki?) przesiadka. Według tablicy świetlnej do najbliższego tramwaju mamy 24 minuty. Tak rzadko tam tramwaje jeżdżą? Aaa... Pewnie wszyscy tam limuzynami podjeżdżają. No to robimy rundkę po placu. W międzyczasie przejeżdża nasz tramwaj nie zapowiedziany na tablicy świetlnej. "O ty niedobra tablico!". Czekamy parę minut i nadjeżdża kolejny tramwaj - nie pamiętam czy zapowiedziany. Przy okazji - tramwaje w Strasburgu są inne niż gdzie indziej. Są szersze (przypominają pociąg), drzwi jak w dostawczych samochodach (duże, przesuwane), niska podłoga.

Wysiadamy naprzeciwko Parlamentu Europejskiego. Wchodzimy... W środku tego okrągłego budynku jest... dziura, plac. Monika: "ale muszą tu energii zużywać na ogrzewanie tego budynku" oraz "straszne musiały być obliczenia projektowe zapotrzebowania ciepła i strat - OZC Purmo to im chyba milionami błędów rzucało". Zboczenie zawodowe ;)

Wychodzimy na plac przed i przechodzimy pod masztami z flagami. I... na jednej z nich tabliczka "Stocznia Gdańska". A na innym: "Gdańsk, City of freedom". Nawet był wpis o tym parę dni temu. Przechodzimy z drugiej strony Parlamentu, karminy łabędzie, patrzymy na kajakarzy, barkę ("tam płyną terroryści chcący rozwalić parlament!"). Powrót tramwajem do Centrum. Zdążyliśmy przed zamknięciem Katedry wejść do środka. Po drodze w jednym ze sklepów z piwem natrafiliśmy na piwo Tyskie. Tyskie ponad wszystkie - na najwyższej półce stało. Następnie uliczką w poszukiwaniu noclegu. Znaleziony. Teraz tylko po bagaże i miejmy nadzieję, że nikt nas w bambuko nie zrobił.

Halo Johann! Nocny spacer po Strasburgu

Podchodzimy pod dom przed 8 a Johann (tak nasz gospodarz się nazywał) stoi przy drzwiach. Pytanie "czy ty jesteś Johann?", przywitanie itp. Przechodzimy jakimś długim korytarzem (w ścianie jakieś stare piece). No i wchodzimy do mieszkania. A tam... Jakiś jeszcze jeden gość i Chinka/Japonka, 2 fotele z TGV, stół nie pasujący do niczego, telewizor jakieś szafki oraz bałagan. Chociaż bałagan najpierw ;) Johann okazuje się informatykiem - to wszystko wyjaśnia?

Dostaliśmy miejsce w living roomie na materacu. Mieliśmy też do dyspozycji kuchnię, łazienkę oraz ubikację. Pogawędziliśmy trochę, podszkolono nas we francuskim, dowiedzieliśmy się, że Johann był kiedyś w Polsce (u ludzi z hospitality)... Następnie otrzymaliśmy klucze i informację, że możemy wrócić kiedy chcemy. Skorzystaliśmy z tej możliwości i ruszyliśmy nocą pozwiedzać Strasburg. Najpierw kierunek Katedra. Około 22 miała odbyć się jej iluminacja w rytm muzyki. Przepięknie było. Kilkaset (kilka tysięcy?) lamp. Potem dzielnica kanałów Petite France. Pod jednym z mostów właśnie do snu układa się grupka prawdopodobnie autostopowiczów. A my z wysepki na wysepkę, z uliczki w uliczkę. I tak do północy. Powrót do Johanna i sen na materacu... Ale cóż to za materac był ;)

Lingwistyczne popisy

Wstajemy rano aby (tak jak się dogadaliśmy wcześniej) pojechać z Johannem na autostradę. Jechał do pracy tamtędy. Około 10 już na stacji i zaczynamy łapać. Pierwszy jest Fireman czyli strażak. Znał to jedno słowo po angielsku ;) I dojeżdżamy na dużą stację pod Selestat. Z widokiem na zamek, bociany pomiędzy samochodami, supermarket...

W samochodzie strażaka były pierwsze próby nawiązania kontaktów po francusku. Nikt z nas wcześniej do czynienia z francuskim nie miał. Rozmówki w dłoń i mamy nasz wierszyk:

Bonżur,
Wu parle angle?
Że słi Polone.
Wuzale a ... (kartka z nazwą miejscowości)?
Za me pel Ana, Że ma pel Monik, Że ma pel Adam ...

Potrafimy liczyć (ę, du, tła), wiemy, że sien to pies i może jeszcze potrafimy przeprosić (pardą lub eksjuzemła), podziękować (mersi)... I to by było na tyle. No i mieliśmy jeszcze rozmówki ;)

Ślepej kurze ziorko numer 2

No koniec tych lingwistycznych popisów. Wracamy na stację. Czekamy tam w słońcu długo... Samochodów przejechała obok nas straszna ilość. Wszystkie z prędkością 20km/h. Część jeszcze stała na skrzyżowaniu przed nami. I nic. Jacyś nieczuli. Dopiero zatrzymał się Uwe - Niemiec mówiący po francusku i angielsku. Jak to powiedział: "zrobiło mi się was żal". No i jedziemy VW Transporterem (prawie 300 km) do Dijon.

Po kilkunastu kilometrach zjeżdżamy na parking. Uwe wyskakuje zza kierownicy, biegnie na tył samochodu, otwiera drzwi i szuka... I... znajduje zagłówki dla mnie i Moniki (siedzieliśmy na siedzeniach bez nich). Genialne. Co nie? I jak to potem powiedział: "to dlatego aby było Wam wygodnie". Byliśmy jego pierwszymi autostopowiczami.

Dijon - najpiękniejsze miasto we Francji

Uwe wybiera trasę do Dijon (jedzie pomóc znajomym przy winobraniu) nie autostradami, więc jakichś wielkich prędkości nie mamy. Po południu w piątek dojeżdżamy do centrum Dijon (jakieś 100km od celu na niedzielę). Robimy wycieczkę z plecakami po mieście, znajdujemy informację turystyczną (a tam mapę z kempingiem), sklep (tu dowiadujemy się, że półsłodkie są tylko szampany).

No i idziemy na pizzę do restauracji ;) Nasze wejście do restauracji zostało pewnie zapamiętane przez kelnerów. Zaprowadzili nas jak najdalej, tak aby nas (i naszych plecaków) nie było widać. Zamówiona pizza, ale coś do picia by się przydało, ale nie wydamy 3 Euro za wodę... Małą na dodatek. Na szczęście przynoszą nam kranówę ;) Po fakcie wyczytaliśmy informacje o wodach w rozmówkach. Woda kranowa jest gratis, mineralna nie. Jakby ktoś odwiedził kiedyś taką restaurację to mu się ta informacja przyda.

A wraz z pieniędzmi za pizzę zostawiamy kelnerowi naszą wizytówkę. Haa... Mieliśmy własną wizytówkę, stworzoną po jakiejś imprezie w Solarisie - burza mózgów, kombinowanie z obsługą Gimpa i wyszło co wyszło. Dostawali ją od nas kierowcy, kelner, ludzie w Taize i inni. Czasami dostawaliśmy wizytówki na wymianę. Mamy dzięki temu zniżki w paru firmach ;) A jak się udało to rozdawaliśmy też polskie grosze. Kilka razy ludzie kategorycznie odmawiali ich przyjęcia. Trzeba było tłumaczyć, że to "na szczęście z Polska".

Recepcja kempingu w Dijon już oczywiście zamknięta, ale rozbijamy się gdzieś na kawałku wolnego miejsca. Pijemy nasze wino (jeden korkociąg się ułamał). I sen. Rano ruszamy na dworzec zostawić bagaże i już bez obciążenia zwiedzamy miasto dokładniej. Moim zdaniem Dijon było najpiękniejszym miejscem gdzieś byliśmy. Kilka starych kościołów, kamienice, fontanny, place, pałac, łuk triumfalny... Pięknie. I nie było tłumów. Można się pobawić fontannami. Obok to samo robiły jakieś małe dziewczynki.

Marokończycy wiozą nas...

Spod dworca ruszamy autobusem na granicę miasta (w końcu to miasto ponad 200-tysięczne). I łapiemy naszego pierwszego Marokańczyka w sportowym wozie. Zrozumiałem tylko, że samochód super, ale musi uważać na policję. ;) Potem kolejny samochód z... Marokańczykami. Tutaj mieliśmy już trochę obaw. Ale wsiedliśmy. I dojechaliśmy przy dźwiękach arabskiej muzyki na kraniec Chalon-sur-Saone. Tego miasta nie polecamy. Czuliśmy się tam mało bezpiecznie. To taki irracjonalny lęk gdy myślisz, że wszyscy Arabowie cały czas się na ciebie gapią. Naszym celem stało się jak najszybsze wyjechanie stamtąd. Wsiadamy do autobusu: kieruje biała kobieta, obok niej stoi arabski chłopak: tłumacz, bodyguard, przewodnik po dzielnicy?

Wysiadamy w centrum. Może i ładnie. Ale mamy klapki na oczach i lecimy na kolejny przystanek aby wyjechać na jakąś wioskę z winnicami (już wieczór się zbliża a mamy mapę burgundzkich winnic ;). Autobus znaleziony, wsiadamy i kupujemy bilet do Buxy, takiej miejscowości kilkanaście kilometrów do Chalon. A płacimy 15 Euro za bilety. No ej... Coś jest nie tak. Ale wsiadamy bo nie mamy lingwistycznych możliwości dogadania się z kierowcą. Siadamy na miejsca, autobus rusza, patrzymy na bilety a tam: Chalon → Taize. Znak? Dyskutujemy czy wykorzystać bilet do końca czy też wysiąść w tym Buxy. Decydujemy i po kilkudziesięciu minutach jesteśmy w Taize. Dzień przed planem. I tutaj skończę drugą część relacji. :)

Tagi:

Inne wpisy (poprzedni i następny):
← Cudne śląskie hałdyBarakowa ciekawostka gazetowa →

Komentarze:

adas@dziugger - blog # | dnia 04 września 2008, o godzinie 20:00:58

Z Taize autotostopem na południe - autostopowa relacja, część 3

Pamiętasz co się działo wcześniej? Nie czytałeś? Jak tak można... Część pierwsza oraz druga relacji z wyjazdu autospowego Andzi, Żaby i adasia. Takie nasze wspólne 4500 km. Trochę mi powoli idzie relacjonowanie, ale cierpliwości nidy d[...]

adas@dziugger - blog # | dnia 04 września 2008, o godzinie 20:22:01

Z Taize autostopem na południe - autostopowa relacja, część 3

Pamiętasz co się działo wcześniej? Nie czytałeś? Jak tak można... Część pierwsza oraz druga relacji z wyjazdu autospowego Andzi, Żaby i adasia. Takie nasze wspólne 4500 km. Trochę mi powoli idzie relacjonowanie, ale cierpliwości nidy d[...]

Jurgi # | dnia 14 września 2008, o godzinie 19:56:33

Ach, Dijon, ojczyzna musztardy! Przywiozłeś coś?

adas # | dnia 14 września 2008, o godzinie 21:09:52

Ty mnie musztardą z Dijon nie strasz… O niej ma być w 4 części (której jeszcze nie ma ;) )

Dodaj swój komentarz:

W komentarzach działa formatowanie tekstu Markdown. Dowiedz się jak z tego korzystać.

*To jest tekst z emfazą* - To jest tekst z emfazą (<em>To jest tekst z emfazą</em>)

**To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany')** - To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany') (<strong>To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany')</strong>)

* To jest lista
* Kilku elementów

  • To jest lista
  • Kilku elementów