adas@dziugger - jogger

Słowackie Tatry Zachodnie - relacja niekoniecznie poważna

dnia 05 września 2007, o godzinie 14:29:15
Widok na polskie Tatry

W dniach 23-27 sierpnia udało się z paroma znajomymi (w sumie było nas 5) wyjechać w słowackie Tatry Zachodnie zwane czasem Tatrami Orawskimi. We wpisie będzie trochę moich przemyśleń, trochę informacji praktycznych dla osób wybierających się w to miejsce w przyszłości (o noclegach, dojeździe, wycieczkach itp.) No i będą (tadam!) zdjęcia :) No to zaczynamy...

Osób było w tych Tatrach 5: Daria (kop z półobrotu), Żaba-Monika, Mateusz ("ciepła ludzka krew"), Paweł i ja...

Dojazd do Zuberca, słowackie autobusy itp...

Ooo... Jakiś robal na kwiatku...

Dojazd w Słowackie Tatry (dokładnie do Zuberca) jest trochę kłopotliwy jeżeli nie posiada się własnego pojazdu mechanicznego. My przejazd zrobiliśmy w następujący sposób:

  • Dojazd do Katowic skąd autobusem PKS Żywiec o 7:35 odjechaliśmy do Korbielowa-Granicy. Kosztowało nas to 11,2 zł (zniżka studencka). Bez zniżki - 16 zł. Na granicy autobus był chwilę po dziesiątej.
  • Przeszliśmy przez granicę - spojrzenie pogranicznika na dowód i twarz.
  • Piechotą przeszliśmy 3-4 km do Orawskiej Polhory - po drodze próbując łapać stopa. Rozważnie nie poinformowałem wcześniej reszty o odległości do przejścia piechotą - a może i nierozważnie ;)
  • Z dołu mieliśmy mieć autobus do Namestowa. Potem miała być przesiadka z Namestowa do Niżnej. I stamtąd kolejnym do Zuberca. Ale życie lekko zmieniło nasze plany ;)

Jest też możliwość jazdy pociągami przez Zwardoń i Żylinę do Twardoszyna - wybraliśmy tym razem autobus. Przy okazji dopowiem parę informacji o jeździe słowackimi autobusami - pewnie się komuś przydadzą:

  • Autobusy słowackie mają genialną wyszukiwarkę połączeń dostępną pod adresem cp.atlas.sk - można tam sobie wyszukać podróż autobusami z przesiadkami, znaleźć położenie każdego przystanku na mapie internetowej itp... Dlaczego nie ma takiej polskiej strony? Ehh...
  • Zniżek dla polskich studentów nie ma, ale... Niektórzy kierowcy jednak honorują polskie legitymacje. Czyli na wszelki wypadek można machać legitymacją przed nosem słowackich kierowców. A nuż dadzą zniżkę. Jeden nawet nas "objechał": "dopłacamy naszym studentom a nie obcym". Ale zniżkę jednak dał ;)
  • Płaci się w autobusach za bagaż 6 koron słowackich. Niezależnie od odległości. Ale to znowu zależy od kierowcy czy nam taką opłatę wlepi.
Widok ze Spalenej na Rohackie Pleso

Po drodze z granicy nie dogadaliśmy się dokąd jedziemy stopem i kobiety złapały jeepa na włoskich numerach i pojechały... Chwilkę później mężczyźni, czyli my - wsiedliśmy do jakiegoś małego Renaulta czy Opla... I dojechaliśmy do Twardoszyna (jakieś 30 km) z młodym małżeństwem (??), którzy jechali do Orawic na baseny termalne. "Nasze" kobiety były wierne i wysiadły przy przystanku w Orawskiej Polhorze... i czekały na słowacki autobus. Ahh... przez kłopoty z roamingiem - nie dało się do nich dodzwonić... Były ciche minuty potem, oj były... ;) Gdy się już dostały do Namestowa zasięgnęły informacji o dalszej jeździe u (podobno) przemiłego pana w informacji autobusowej - nawet im rozkład wydrukował ;) Wsiadły do autobusu do Niżnej, do którego następnie wsiedli mężczyźni (czyli my) w Twardoszynie.

Zuberec oraz skansen w Brestowej

Skansen wsi orawskiej w Brestowej

Stamtąd dojechaliśmy do Zuberca - turystyczna miejscowość u podnóża Tatr, chyba najlepsze miejsce wypadowe. Noclegów można szukać przez informację turystyczną (od kościoła w centrum 200 m) albo chodząc od tak od domu do domu. Nam udało się nocleg znaleźć za 200 koron (24 zł). Całe piętro nasze, dostęp do własnej łazienki i kuchni... Powiedzmy, że nawet nawet... Chociaż jesteśmy przyzwyczajeni do cen chatkowych (10 zł) ;) Ale cena nie była wygórowana.

Po rozpakowaniu się kierujemy się do Brestowej - wioski, gdzie znajduje się duży Skansen Wsi Orawskiej. Wstęp do niego kosztuje 30 sk (dzieci), 50 sk (studenci), 60 (cała reszta). Chyba jeszcze emeryci mieli taniej. Obszar skansenu jest duży - na przejście całego na spokojnie trzeba przeznaczyć 2 godziny. Nam się spieszyło sklepu, więc około godziny nam to zertrwało. Warto też mieć osobę ("ciepła ludzka krew"), która nam przeczyta opis każdej chaty. W kasie dają polski przewodnik (do zwrotu).

Wnętrze chaty w skansenie w Brestowej

Na skraju polany przed skansenem znajduje się wejście do Jaskini Brestowskiej - o długości korytarzy 1450 m. Wejście do niej jest zamknięte metalową klapą.

Brestowa (czyli skansen) znajduje się 4 km za Zubercem - udało nam się tam dojechać stopem - a także wrócić. Pozdrowienia dla Słowaka słuchającego głośnego techno w swoim dużym VW. A także dla matki z 6 letnią córką, która rok temu weszła na przełęcz Smutną (1963 m n.p.m.). Jak to matka opisała: co 5 metrów dziewczynka stawała, jadła piła, szła 5 metrów, stawała, jadła, piła...

Sklepy w Zubercu są czynne do 19:30, albo 21. Supermarket tylko do 18. Czyli problemów z zakupami (nawet przy późnym powrocie z gór) nie ma. Po dojściu na nocleg dostaliśmy propozycję użyczenia nam grilla. No sobie posiedzieliśmy wśród rosnących warzyw na ogródku... ;) W nocy - burza. Pioruny, deszcz i te sprawy... Jak rano pójdziemy w góry? O 2 w nocy się rozpogodziło - można było okno otworzyć, a rano... Przejrzyste niebo, kilka chmurek. Cud, miód... :)

2. dzień - wszystko Rohackie: dolina, wodospad i jeziorka. A do tego Rakoń z widokiem na Wołowinę

Wodospad Rohacki

Na autobus nie zdążyliśmy... No bo jakby inaczej ;) No to na stopa :) Dojechaliśmy do Zwerowki (Zwierówki). Stamtąd rozpoczyna się większość szlaków po Słowackich Tatrach Zachodnich. Z Zuberca jest tutaj 9 km - iść taki kawał po asfalcie to zabójstwo... Są parkingi, jeżdżą autobusy, można łapać stopa... Na pierwszy dzień plan to Doliną Rohacką do Wodospadu Rohackiego. Następnie do jeziorek/stawów zgadnijcie jakich... Oczywiście, że Rohackich :) Potem do chaty Tatliakowskiej i na Rakoń i Wołowiec.

Widok na Pacholę i Spaleną w drodze na Rohackie Plesa

Z całego planu nie udało się wejść na tylko wołowinkę czyli na zdrobniale nazywany przez nas Wołowiec. Ale po kolei. Od Zverovki szliśmy kawałek asfaltem do rozejścia szlaków, potem lasem po kamieniach wcale nie wyślizganych (dlaczego nie ma takich w polskich górach?) do ścieżki prowadzącej zamiast do wodospadu do kaskad. Ścieżka do wodospadu jest troszkę wyżej (i jest oznaczona strzałką). Co potem? Rozejście na przełęcz na Banikowską - my idziemy w inną stronę, na jeziorka czyli Plesa Rohackie. Szlak wspina się pod górę tzw. Zorrami... ;) Znaczy zakosami.

Rohackie Pleso - czyli jeziorko numer 4

Dochodzimy do pierwszego jeziorka, które okazuje się nie pierwszym a czwartym (wg słowackich tablic informacyjnych). Chyba idziemy w przeciwnym, niż zalecany, kierunku... Trudno ;) Nad tym czwartym można spotkać opalające się 2 panie w bikini. Następnie w dół obok 3 kolejnych. Jeziorek, nie pań w bikini. Ponad nami rozpościerają się skały Ostrego Rohacza, Płaczliwego (skąd ta nazwa?). Widać Wołowinę, Rakoń, w przeciwną stronę Banikow, Pacholę... Przepięknie... Cudownie. Po drodze staramy się dobrać pozdrowienie do narodowości turysty. Z marnym skutkiem - Polakom mówimy Dobri Den, a Słowakom Dzień Dobry... A powinno być chyba na odwrót? Ciężko poznać po wyglądzie... ;)

Zejście z Rakonia

Mieliśmy chęć zjeść coś pysznego w Ťatliakovej chacie ale przywitały nas słowa: nie ma prądu. Jest tylko kapuśniak i piwo... Po chwilowym postoju ruszyliśmy w górę - na przełęcz Zabrat. Mieliśmy stamtąd wejść na Rakoń i Wołowiec albo od razu zejść do Latanej Doliny, i potem do Zverovki. Weszliśmy jednak na Rakoń - z niego rozpostarł się przed nami widok na całe Tatry - Dolina Chochołowska, Gubałówka, Kominiarski Wierch, Giewont, Czerwone Wierchy, Kasprowy itp... A z drugiej strony Rohacze... No i polski zasięg ;) Kobiety się przyssały do telefonów. Na wejście na Wołowinę już czasu nie było. Szybko w dół i ponownie autostop po jakichś 10 godzinach chodzenia. Widok z Rakonia na Polskie Tatry

3. dzień - Brestowa → Pachola, czyli psychiczny łańcuch oraz Zuberec nocą.

Brestowa na chwilkę wyszła spod chmur

Trasa na ten dzień planowana była inna, dziewczyny domagały się łańcuchów, skałek, przepaści to coż można było zrobić. Trzeba było zaspokoić czyli ruszamy na trasę: Zwerovka → Brestowa → Salatyn → Spalena → Pachola → przełęcz Banikowska. Początek podobny do dnia poprzedniego - na autobus się specjalnie nie spieszyliśmy - ponownie stopem do Zwerovki. Stamtąd (znaczy kawałek przed Zwerowką) rozpoczyna się szlak niebieski na Brestową. Wejście trwa około 2-3 godziny - spędziliśmy je w większości w chmurach. Nie było widać za wiele, oprócz mlecznych chmur. Szlak prowadzi ostro w górę w lesie, a po wyjściu na jakieś 1600 idzie się troszkę łagodniej wśród skał i kosodrzewiny. Przed szczytem Brestowej na chwilę chmury się rozstąpiły i ujrzeliśmy szczyt - czyli miejsce gdzie trzeba było dojść. Po zrobieniu zdjęcia chmury nas ponownie zakryły.

Spalena - widok spod Salatynu

Podobne Widoki obserwowaliśmy na Salatynie. Na szczęście około godziny 13 przed wejściem na skałki Skrzyniarki (Skriniarki) przed Spaleną się rozjaśniło. Pojawiły się przepaście. Znaczy widok na nie. Po lewej Dolina Rohacka, po prawej Głęboki Worek. Większość skałek na szlaku (czerwonym, graniowym) można było obejść wydeptanymi łatwymi ścieżkami. Ale my nie mogliśmy zejść ze szlaku, więc po wszystkich skałkach (prawie) podeptaliśmy. Najbardziej ciekawił nas wygląd "psychicznego" łańcucha - tak w naszym przewodniku (pozdrowienie dla autora strony www.tatry-orawskie.o7.pl) był on nazwany. Okazał się ten łańcuch niepotrzebny za bardzo, ale było (działa na psychikę, co nie?). Na sobotniej naszej trasie parę osób osiągało nowe rekordy wysokości. Ja też :) Wreszcie te 2006 Kopy Kondrackiej udało się mi pobić.

My i widok ze Spalenej na wschód

Na Spalenej (Spalona Kopa, 2083 m) kontemplowanie widoków - jest tam strasznie wygodna trawa z widokiem na Tatry Zachodnie z jeziorkiem Rohackim w dole i Wołowcem, Rohaczami, Trzema Kopcami i Banikowem troszkę wyżej. Widać też parę szczytów polskich Tatr. Było też słychać jakieś świsty. Czyżby świstaki coś tam zawijały poniżej? Czekoladki? Ze szczytu ruszamy lekko w dół a po chwili w górę na Pacholę (2166 m). Po drodze trzeba wśród skał poszukiwać szlaku - ma tendencję do znikania a wydeptane ścieżki prowadzą zazwyczaj w przeciwnym kierunku. Na Pacholi powitał nas wiatr i przepiękny widok na 4 strony świata. Na szlaku coraz mniej ludzi - chyba godzina robi się późna. Na wejście na masywny Banikow nie było już czasu. Poczeka na przyszłość tak jak Wołowina z poprzedniego dnia.

Widok z Pacholi na Jezioro Liptowskie

Z Pacholi na przełęcz Banikowską i w dół - już prawie bezmyślnie. Zmęczenie? Rzut oka w tył - szczyty zasłonięte przez chmury - chwilę dłużej byśmy na górze zostali a znowu by nas chmury pochłonęły. Pod koniec szlaku sprint z Żabą - wyprzedzanie potencjalnie nas podwożących osób. Znowu stop - tym razem z osobami schodzącymi z Wołowca, a dzień wcześniej opalającymi się w Orawicach. Kobieta była rozmowna - 2 mężczyzn już nie - jeden zapytał się tylko o otwarty o takiej porze (dziewiętnasta) sklep w Zubercu ;) Wieczorem przygotowanie sosu do ryżu z parówkami, które nie były parówkami ale Pysznymi Kiełbaskami Pysznymi. PKP?

Nocny obchód Zuberca, jakieś dziwne tańce na asfalcie (przód, tył, prawo, powrót i znowu...). W ośrodku kultury (chyba tak się obiekt nazywał) odbywała się w sobotę impreza. No to weszliśmy, pobawiliśmy się przy słowackim Disco Polo, zobaczyliśmy jak ze sceny został zrzucony jeden osobnik. Cud, że mógł potem chodzić... Miła impreza, co nie?

4. dzień - Białe Skały oraz Siwy Wierch. Kominki i odpychające skały.

Podejście na Siwy Wierch

Dzień czwarty - niedziela. Stopem tym razem na południe, w okolicy wsi Huty (kierunek czerwonego szlaku na na Siwy Wierch). Przy otwieraniu drzwi samochodu jakiegoś Polaka z wnętrza wyleciał na asfalt cytrynowy (??) Absolut. Uff... Na szczęście zrobili porządną butelkę, która się nie roztrzaskała. Z Hut godzina lasem - chęci do dalszego iścia nie było. Jacyś tacy nieożywieni byliśmy - jak kamienie. Ale zmieniło się to nagle gdy pojawiły się skałki - ruszyliśmy jak kopnięci w... Tfu... Jak kopnięci. ;)

Jeżeli dzień wcześniej łańcuch miał być "psychiczny" to dziś wyczytaliśmy w naszym przewodniku drukowanym, że będą 2 kominki oraz "odpychająca skała" ;) Powiedzmy, że była... Kombinowania z wejściem w tych 2 miejscach było trochę. Sam Siwy Wierch (około 1800 m) przypominał mi Wielkiego Rozsutca - podobna wysokość, podobna trudność i wygląd szlaku. A czasami przypominało skałki na jurze, tylko takie trochę większe.

Tatry z Siwego Wierchu

Z Siwego Wierchu widok na Tatry Słowackie (było jednak widać jeszcze parę polskich szczytów). Ładnie widoczna była też ścieżka prowadząca na Brestową, Salatyn i Pacholę... czyli "tam wczoraj chodziliśmy!". Z drugiej strony wielka plama jeziora Liptowkiego, gdzies tam na horyzoncie majaczyły grzbiety Niżnych Tatr, Wielkiej i Małej Fatry. Nawet Babią górę można było wyróżnić. Trawa troszkę mniej wygodna niż dzień wcześniej na Spalonej.

Przewodnik obrywa!

Na szczycie Siwego Wierchu leżała jakaś belka - trzeba było ją oczywiście przeznaczyć na skarcenie osoby, która nas tam wyprowadziła takim "strasznie trudnymi i niebezpiecznym" szlakiem ;) Powiedzmy, że prawie oberwałem (prawie, bo uciekałem). Ze szczytu zejście w dół po osypujących się kamieniach. Potem kosodrzewina i mniej lub bardziej łagodnie w dół aż do przełeczy Palenica. Stamtąd szlakiem "ołówkowym" bezpośrednio do Zuberca. Ołówkowy, bo na mapie narysowany ołówkiem - mapa z 1998 a szlak z 2000 roku ;) Przed samym Zubercem długie, niekoniecznie sensowne rozmowy bez wydawania głosu, gdzie "foch" znaczył "tańczysz?". ;) Wieczorem tradycyjnie jakieś zabawy w przygotowywanie kolacji, jakieś napoje, bicie kablem od lodówki... No i gra w Totem.

Reklama Totema ;) czyli Jungle Speed

Właśnie - Totem - gra zręcznościowa rozwijająca refleks oraz odporność na zadrapania paznokciami. Oficjalna nazwa to Jungle-Speed. Polega mniej więcej na rzucaniu sie na totem - taki kawałek drewna. A dokładniej - każdy gracz ma kupkę kart z różnymi, dziwnymi, bardzo podobnymi do siebie symbolami. Karty odkrywa się na kupkę pojedyńczo - jak 2 użytkowników ma odkryte karty z takimi samymi symbolami to wygrywa ten kto szybciej chwyci totem. Gra genialna - można grać i grać do upadłego :) Można grać też na 2 ręce - każda ręka ma swoja kupkę i musi odpowiednią ręką łapać totem. Jakby ktoś miał okazję pograć to zachęcam szczerze.

5. dzień - Orawski Zamek i powrót do domu.

Zamek Orawski

W piaty dzień (czyli poniedziałek) zaczął się nasz powrót. Ale powrót nie bezpośredni- zahaczyliśmy jeszcze o Orawski Zamek. Tym razem autobusami. Wstęp na zamek kosztuje 80 Sk (dla studentów), do tego trzeba doliczyć 50 Sk za możliwość robienia zdjęć. Wysoko na skale zbudowana (ponad 100 m nad rzeką) cytadela robi wrażenie już przy wejściu. Sam zamek zwiedza się około 2 godzin. Częściowo na zewnatrz, częściowo w komnatach. Szkoda tylko, że wejście na najwyższy poziom cytadeli jest niedostępne.

Przy okazji - ciekawe czy Słowacy rozumieli słowa piosenki zespołu Siekiera: "Gdy po schodach płynie sobie ciepła ludzka krew...". Trochę sobie podśpiewywaliśmy pierwszą zwrotkę na zamkowych schodach. Piosenka znana nam jest tylko ze śpiewu jednego kumpla z pielgrzymki ;) Drugiej zwrotki nie znaliśmy, oraz nie słyszeliśmy jeszcze oryginalnego wykonania... Heh... Straszny tekst...

Po zwiedzeniu zamku autobusem pomknęliśmy do Namestowa - tam pomachaliśmy "lekko" zawianemu gościowi idącemu na południe środkiem głównej drogi. Machał też każdemu omijającemu go kierowcy. Wsiedliśmy do autobusa do Oravskiej Polhory, na samą granicę doszliśmy piechotą. I dopiero po polskiej stronie udało się złapać stopa - najpierw golfem do Pewli a potem na pace jakiegoś transportowego do Bielska. No i PKP (nie pyszne kiełbaski) do Katowic... No i to by było na tyle zwiedzania po Tatrach.

Więcej informacji, zdjęć itp...

Zdjęcia robiłem nie tylko ja. I nie tylko moje są w internecie. Czyli po kolei:

Jeżeli ktoś poszukuje więcej informacji na temat Tatr Zachodnich, poruszania się tam, to zachęcam do zapoznania się z:

Tagi:

Komentarze:

Paweł # | dnia 05 września 2007, o godzinie 15:40:13

Cztery linki, super ;)

W sumie nawet dobrze, że wszystkiego nie zaliczyliśmy, bo jest po co wrócić (Rohacze, Wołowiec, Banikov, Bystra…)

adas # | dnia 05 września 2007, o godzinie 15:45:31

Bystra to z drugiej strony, ale powiedzmy, że te okolice… ;)

p.s. Można prosić o korektę? ;)

Ten od Siekiery # | dnia 05 września 2007, o godzinie 16:39:04

Może udostępnić Ci nagrania Siekiery, będzie można sobie w tle posłuchać? Że też mnie tam nie było…

adas # | dnia 05 września 2007, o godzinie 19:45:22

Dziękuję za udostępnienie „Panie od Siekiery” ;) Przekażę dalej.

kudłaty # | dnia 06 września 2007, o godzinie 01:14:13

Ty się tak nie wywnętrzniaj, bo Cię nagrają za nielegalne nagrania:P

adas # | dnia 06 września 2007, o godzinie 09:39:51

Jakie nagrania… przeciez mi chodziło o siekierę... Taką do drzewa ;)

kudłaty # | dnia 06 września 2007, o godzinie 10:50:42

Na drzewa też pewnie działa:P Tracą liście jak na zimę:D Bo „nadchodzi zwykłe świństwo…”

Paweł # | dnia 06 września 2007, o godzinie 16:07:07

A mogłeś mieć siekierę, taką do drzewa. Przy grillowaniu jej używaliśmy ;)

Andzia # | dnia 06 września 2007, o godzinie 22:03:33

No to ladnei sie bawiliscie – opis super, zdjecia sliczne – GENIALNE :)

adas # | dnia 06 września 2007, o godzinie 23:02:17

Myśmy się nie bawili – my chodziliśmy. I byliśmy cały czas zmęczeni…

;)

mateusz # | dnia 21 września 2007, o godzinie 16:09:31

jak mowilem – fajne dupy

daria # | dnia 22 września 2007, o godzinie 16:14:04

bardzo proszę zmienić to zdjęcie tytułowo-zachęcające…
jestem w żałobie po moich butach i nie mogę zmieść ich widoku ;(

adas # | dnia 22 września 2007, o godzinie 16:15:59

Czyli buty mam na różowo zamalować tak jak obiecałem?

Michał74 # | dnia 30 grudnia 2007, o godzinie 18:45:19

Wygląda na to, że z Katowic, łatwo dojechać, i tanio. Na wiosnę się wybiorę.

Sebastian # | dnia 07 lipca 2008, o godzinie 20:41:50

Kto to jest ta czarnowłosa dziewczyna? Ładna!!!

adas # | dnia 07 lipca 2008, o godzinie 20:47:08

Sebastian: nawet nie startuj do niej: poszczuje cię kablem od lodówki, kopnie nogą i ogólnie… A lubi tylko wampiry… (sasasa…)

1 z 2 czarnowłosych # | dnia 07 lipca 2008, o godzinie 20:56:08

Kopnie, tupnie i nakrzyczy!
Adaś ma rację – szkoda zachodu ;)

2 z 2 "czarnowłosych" # | dnia 07 lipca 2008, o godzinie 21:03:16

...:D i zmrozi :D …ale to wszystko przejaw sympatii:D

Dodaj swój komentarz:

W komentarzach działa formatowanie tekstu Markdown. Dowiedz się jak z tego korzystać.

*To jest tekst z emfazą* - To jest tekst z emfazą (<em>To jest tekst z emfazą</em>)

**To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany')** - To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany') (<strong>To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany')</strong>)

* To jest lista
* Kilku elementów

  • To jest lista
  • Kilku elementów