Kwietniówka/majówka - opis krok po kroku
Pamiętacie jeszcze, że parę dni temu skończył się długi kwietniowo-majowy weekend? Ja pamiętałem, ale zwlekałem z relacją... No więc zaczynam. Plan był ambitny: najpierw 4 dni na chatce w Danielce (jako organizator) potem pieszo przez Słowację, Babią Górę do Makowa Podhalańskiego. W sumie 10 dni. A było tak (z góry przepraszam za długość wpisu):
Przedweendowy Kraków
Weekend zaczął się dla mnie w czwartek przed weekendem: odwiozłem aparat fotograficzny (oraz rodziców ;) na lotnisko w Krakowie. Potem spotkałem się z kilkoma osobami w centrum Krakowa... Pili piwo. Ja nie. Pili piwo. Ja nie... itd. W końcu kierowcą byłem. Ale i tak było miło :) Pierwszy raz piłem piwo (no 3 łyczki ;) z browaru bezpośrednio w knajpie. Niektóre rodzaje dobre, niektóre nie... To nie ostatnie moje spotkanie z takim mniej-komercyjnym piwem w czasie weekendu ;)
Wyjazd na Danielkę - najpierw Katowice
Następnego dnia wyjazd w do Ujsół. Pierwsza dziwność spotkała mnie koło Empika w Katowicach. Stała tam dziewczyna z zapa... sory... ulotkami i starała się je rozdawać. Ja jestem niemiłosierny zazwyczaj, więc nie wziąłem, ale dziewczyna wydała z siebie słowo/dźwięk:
WWWEEEEŹŹŹŹ!!!!
Słowo było takim przekonywającym tonem (warcząc, przez zęby) wypowiedziane, że zrobiłem zwrot i wziąłem tą ulotkę. Po wyjściu z Empika chciałem jeszcze jedną zabrać (a co...), ale dziewczyna znikła...
Bielsko-Biała
Potem nastąpiła jazda pociągiem do Bielska. W 4 osoby mieliśmy bagaże na plecach i chcieliśmy je przechować na dworcu w Bielsku. Koszt 4 zł. Jakbyśmy mieli legitymację Samoobrony to by było taniej - tak przynajmniej ugadaliśmy się z gościem w przechowalni ;)
Zwiedziliśmy tam (grupka pociągowa+2 grupki samochodowe) muzeum w Bielskim Zamku (Pawełek tajnie robił zdjęcia). Część osób przeleciała je szybko a część zastanawiała się na niektórymi abstrakcyjnymi dziełami: ("tu jest byk na stole, który biegnie w kierunku tego leżącego gościa..."). Dlaczego większość osób nie potrafiła tego zobaczyć w tych plamkach? ;) Po przejściu przez Białą (część Bielska-Białej) chcieliśmy się dostać na ponownie na dworzec (przechodząc w okolicach centrum handlowego Sfera). Jako, że kierowałem się na azymut na wielkie logo Sfery to przeszliśmy z jakiegoś zaułka przez 2 sklepy i wyszliśmy z drugiej strony budynku :) Nie wiem jakie miny miały osoby sprzedające w tych sklepach widząc rządek 10 osób wchodzących jednymi drzwiami a wychodzących drugimi ;)
Chatka Danielka w Ujsołach
Potem zapakowanie 4 plecaków do samochodu i z powrotem do pociągu. Tam spotkanie z kolejną grupka osób :) Jako, że nasza czwórka (ta z pierwszego pociągu) była dżentelmenami w każdym calu, to wzięliśmy kobietom z tej kolejnej grupki plecaki. I ruszyliśmy z Rajczy Centrum... do sklepu ;) A potem czerwonym szlakiem przez Hutyrów do chatki w Danielce. Na szlaku, na wiatrołomie się adaś (czyli ja) poharatał. To już taka moja tradycja - w zeszłym roku pierwszego dnia majówki miałem przyjemność skorzystania ze zręczności paznokci koleżanki, którymi to wyciągano mi kamień ze stopy :) Trzeba było nie wchodzić do wodospadu w Sopotni...
Po prawie 2 godzinach marszu trafiliśmy na chatę w dolinie Danielki. Tam sobie imprezowaliśmy, graliśmy się w dziwne gry i zabawy (Farmer, Wiewiórki i dziuple, Krowa, Psycholog...) Tańczyliśmy też Poloneza i Menueta ;) Nie wiem co myślała o nas reszta mieszkańców chatki siedzących wokół ogniska. W każdym razie było nam przyjemnie.
Jeden kumpel ostatnio zajmuje się ważeniem piwa w domu - przywiózł z sobą kilku butelek oraz beczkę. Kolor soku pomarańczowego, smak piwa :) Szkoda tylko, że piwo z beczki szybko się wygazowało.
Następnego dnia (sobota) zrobiliśmy sobie wycieczkę na Rycerzową - pogoda na taką wyprawę była świetna. Widoki też (chociaż Tatr z Rycerzowej nie było widać). Zrobiliśmy jeszcze kółko przez skałki po słowackiej stronie (nic ciekawego, szkoda czasu) i wróciliśmy do chatki. Część osób jeszcze weszła na Muńcół. Na chacie kolejka do łazienki - to ja myk... do strumyka :) Przecież czekać nie będe. Temperatura wody w sam raz do chłodzenia piwa ;)
Niedziela przywitała nas deszczem (i moim "leniem totalnym"). Zrobiliśmy sobie tylko wycieczkę do Ujsoł-Glinki do kościoła. Dlatego tak daleko, bo do samych Ujsoł nie zdążyliśmy z powodu lenistwa ;) W drodze powrotnej bawiliśmy się w operatorów koparek w kamieniołomie oraz uratowaliśmy psa Husky. Pies zwiał właścicielowi i poczuł w sobie duszę myśliwego - zagryzł 2 kury. I starał się dostać do ich wnętrza, ale wszędzie te pióra... Właściciel jeździł samochodem tam i z powrotem - dał nam wizytówką i prosił o kontakt jeżeli psa zobaczymy. Potem w centrum Ujsoł zajęliśmy wszystkie stoliki w barze na stacji benzynowej. Po powrocie na chatce odbywało się to co zwykle ;) Odbył się też mecz piłkarski, w którym niejaka Żaba została snajperem Doliny ;) Kilku małych piłkarzy nie wiedziało jak sobie z nią poradzić.
Dalsza podróż - Słowacja
W poniedziałek część osób (2) szła dalej (na Raczę), część wracała do domu a ja miałem plan dołączenia do grupy idącej z Cadcy przez Dolny Kubin, Babią Górę do Makowa Podhalańskiego. Kolega (poszukiwacz zaginionej Kofoli) dowiózł mnie do wioski zaraz za granicą. Stamtąd ruszyłem na południe. Autobus miałem za godzinę, więc postanowiłem łapać stopa. Po jakiejś pół godziny drogi zatrzymała Słowaczka w rozlatującej się Skodzie 105 (drzwi prawie wyleciały, pas za krótki, wszędzie rdza i kurz). Podwiozła mnie aż 3 km :) W ty miejscu popełniłem błąd - zamiast czekać na autobus postanowiłem ruszyć dalej - do celu. Myślałem, że złapię stopa, albo do następnej wioski wejdę przed autobusem... Nic z tych rzeczy - autobus minął mnie 200 metrów przed wsią. A podwieźć nikt mnie nie chciał... Nie wiem czy jakoś strasznie wyglądam. Z tej kolejnej wsi postanowiłem się już nie ruszać i czekać na autobus (licząc jednak nadal na stopa). Naiwniak...
W końcu do Dolnego Kubina dotarłem 2 autobusami. Miasto ładne - pozwiedzałem trochę. W międzyczasie próbowałem się skontaktować z tą grupą. Bezskutecznie. Znalazłem miejsce gdzie mieli nocować (prawdopodobnie) oraz miejsce ze strategicznym widokiem na mosty przez które musieli przejść. Wszelkie telefoniczne kontakty nadal nieskuteczne. Zrobił się zimny wieczór, więc postanowiłem przenocować na Autokempingu - jako, że namiotu nie miałem to musiałem wybrać bungalowa. Wszelkie próby obniżenia ceny za nocleg (jestem biedny student, posiadam śpiwór itp...) nic nie dały. Poszedłem spać koło 22. Byłem przekonany, że nie doszli i zanocowali gdzieś w górach. Po kolejnych nieskutecznych próbach połączeń telefonicznych postanowiłem ruszyć na północ pociągiem do Zwardonia. Samodzielnie mi się nie chciało chodzić nigdzie.
Wsiadłem do jednego pociągu. Potem przesiadka do kolejnego i... Ten pociąg (relacji Kralowany - Żylina) przepięknymi terenami jechał(Dolina Wagu, południowe stoki Małej Fatry. Przepięknie :) Na tej trasie, na jednej ze stacji względną ciszę zakłócił gwizd. Pojawiły się następnie kłęby dymu. To na stację wjechał pociąg Wolsztyn-Budapeszt z dymiącą lokomotywą parową na przedzie :) (chyba był jednak ciągniętą jeszcze przez elektrowóz - nie widziałem dokładnie). Wagony też miały trochę lat i "klasę" - kuszetki z jakimiś czerwonymi, futerkowymi kocami, "złocenia" itp ;) W Wolsztynie (to polska miejscowość) odbywał się Parada Parowozów, więc jedną taką widziałem na Słowacji.
Po kolejnej przesiadce (tym razem w Żylinie) dotarłem do Zwardonia. Przed Zwardoniem poprosiłem słowacką konduktorkę o sprzedaż biletu-przejazdówki przez granicę. Powiedziała, że później przyjdzie. No i te później (po ostatniej słowackiej stacji) wyglądało mnie więcej tak (tłumaczenie na polski):
Czterdzieści dwie korony, albo dwadzieścia. (Bierze banknot 20 z mojej ręki). Dziękuję.
I poszła ;) Banknot trzymałem w ręku, bo nie wiedziałem ile będzie przejazdówka kosztować - liczyłem na coś koło 20. Wyszła na to, że dałem w łapę. Hm... W Zwardoniu spotkałem jedną osobę z grupy, której chciałem dołączyć - poinformował mnie, że oni mieli opóźnienie i mogą mieć opóźnienia na kolejnych noclegach. Wyciągnąłem wniosek, że pewnie trasę zmienili przy okazji ;) Więc od razu mi się lżej zrobiło.
Dom, Czechy, dom, Gliwice, dom, Łagisza, Gliwice, dom...
Dojechałem do domu... Nudy... Nudy... SMS od chrzestnej - czy nie chcę w góry może jeszcze jechać? No jasne, że chce. Wyjazd na 2 dni w Góry Ślasko-Morawskie. Okazało się, że po tak nudnych szlakach nie szedłem w życiu. Jedyne ciekawe było wejście z wioski Tyra na Jaworowy i widok z niego. Potem to cały czas po płaskim terenie w lesie - nawet w Beskidzie Śląskim tak płasko nie jest ;) Tereny idealne do jazdy na rowerach. Następnego dnia lało, więc powrót przez Ochodzitą do domu. Na Ochodzitej widok na mleko ;) Wcześniej w Jaworzynce coś było widać - tam to mają przepięknie. W drodze z Koniakowa do Żywca wjeżdża się na ekspresówkę. Super. Jedziemy 2 km - długi, piękny most... Super :) Przejeżdżamy przez most - nakaz skrętu w prawo, koniec ekspresowej i pętelki pod mostem. Nieźle ;)
Na Śląsku
W ten sam dzień udało mi się jeszcze trafić na imprezę w Spirali w Gliwicach :) No i weekend majowy zbliżał się do końca. Powiedzmy, że skończył się we wtorek wyjazdem na Elektrownię Łagisza w Będzinie. Polubiłem dzięki temu komunikację miejską. Z Tarnowskich Gór do Będzina jechałem 5 autobusami i jednym stopem oraz piechotą ;) Zwiedziłem jakieś nie znane mi wcześniej miejscowości (Dąbrówkę Wielką, Michałkowice, Siemianowice, Bańgów...) i w ogóle to było ciekawsze od zwiedzania oczyszczalni ścieków na Łagiszy (Ja chcę na kotłownie!). Wieczorem dzień Elektrona ;) Pierwszy raz widziałem (na żywo), żeby organizatorzy koncert przerwali po 4-5 piosenkach zespołu (bo straż akademicka marudzi, że miało być tylko do 23). Przecież wokół sceny same akademiki się znajdują... Ale na szczęście są jeszcze kluby. Na samym koncercie spotkałem osobę z grupy chodzącej po Słowacji (do nich chciałem się dołączyć). I dowiedziałem się od niej, że oni tego samego dnia co ja tam byłem przyszli na to pole namiotowe. I, że spali tam, wtedy kiedy ja... Tylko, że przyszli w nocy. Cóż... Nieźle, co nie? ;)
No i koniec... Gratuluję tym, którzy dotrwali do końca tekstu. Zdjęć nie będzie, bo nie miałem aparatu. No i wszędzie było miło :)
Tagi:
beskidy czechy danielka góry kolej kwietniówka majówka parowóz rycerzowa słowacja ujsoły wyjazd
← Zbliża sie nowa Opera Mini oraz 9.21 ↓ Podróżniczy konkurs widżetowy →
Komentarze:
adas # |
dnia 12 maja 2007, o godzinie 17:18:22
Myśmy byli spokojni na chatce ;)
Nie opłaca sie wysiadać bo pociag zwieje ;) Chociaż trochę w Skalitym stał. Ja kupiłem do samego Serafinowa (stacje przez Zwardoniem). W każdym razie nie przepłaciłem. I mogłem kupić bilet bez dopłaty u konduktora bo w Serafinowie kasy nie ma… :) Chociaż i tak biletu nie kupiłem ;)
Dodaj swój komentarz:
W komentarzach działa formatowanie tekstu Markdown. Dowiedz się jak z tego korzystać.
*To jest tekst z emfazą* - To jest tekst z emfazą (<em>To jest tekst z emfazą</em>)
**To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany')** - To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany') (<strong>To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany')</strong>)
* To jest lista
* Kilku elementów
- To jest lista
- Kilku elementów



mroovki # | dnia 12 maja 2007, o godzinie 17:12:52
Hehe.. Danielka, następnym razem kilka razy się zastanowię zanim zdecyduję sie na nocleg tam, no chyba, że będę chciał imprezować.. ;)
Ładna panorama tatr była po drodze czerwonym szlakiem z Rycerzowej do Przegibka.. mmm… pięknie ośnieżone… z tymi przejazdami przez granicę to jest zdaje sie tak, że opłaca się wysiąść w Skalite i tam kupić bilet do Zwardonia.