Adaś i Mała Fatra - długa relacja
Pod koniec sierpnia udało mi się w góry pojechać jeszcze. A udało dlatego, że wcześniejszy wyjazd w Tatry nie wypalił. Dlatego chciałem mordować ;) Wyjazd w Małą Fatrę na Słowację zaproponowano mi w sobotę wieczorem - wyjazd w poniedziałek o 5:37 z Tarnowskich Gór pociągiem.
Jeżeli to kogoś zainteresuje to na Małą Fatrę (albo do Żyliny) z Katowic pociągiem najłatwiej dostać się następująco (tak my zrobiliśmy):
- Bilet PKP kupić do Zwardonia - studencki z Tarnowskich Gór kosztuje 11,65 zł (z katowic będzie pewnie 2 zł taniej)
- Wsiąść do pociągu byle jakiego... znaczy do Zakopanego przez Bielsko (czyli Ornaka) - parę minut po 7 rano.
- W Bielsku przesiadka na pociąg z Krakowa do Żyliny - po 9 rano. Następnie w pociągu przed granicą należy kupić bilet-przejazdówkę przez granicę (za 4,80 zł). Przez granicę przejechaliśmy autobusem, który czekał na to aż wszyscy kupią przejazdówki w kasie. A autobusem dlatego, że remont torów był na granicy.
- Po stronie słowackiej trzeba kupić u konduktora (lub w kasie) bilet do Żyliny (my wybraliśmy od razu miejscowość Streczno kilkanaście km dalej - tam zaczyna się główny szlak przez Małą Fatrę). Bilet kosztował nas 56 Sk. Ale kupiliśmy go w Cadcy (przejazd do niej mieliśmy gratis - nie wpadliśmy na to, że pociągu nie będzie w Skalitym - nie wysiedliśmy tam ;)
W sumie koszt dojazdu wyniósł nas ponad 20 zł. A po co takie kombinowanie? Aby nie płacić za taki sam przejazd ponad 50-60 zł (tyle kosztował bilet w polskiej kasie PKP). I jeszcze jedno spostrzeżenie - Słowacka kolej marnuje papier - każda osoba miała swój bilet - w polsce można mieć kilka osób na jednym. Wkurzające to jest gdy w kasie jest jedna drukarka drukująca te bilety przez 2 minuty...
W Żylinie zrobiliśmy szybkie przejście przez przepiękne centrum (nadrobione dłuższym w drodze powrotnej). Po całym tym kombinowaniu z biletami (i szukaniu prawidłowej osobówki - Rychlik o nazwie "Streczno" nie zatrzymuje się w Strecznie) dojechaliśmy około 14 do miejscowości Streczno. Znajduje się tam zamek. Ceny 50/30 Sk za zwiedzanie - pani przewodnik nadawała jak nakręcona (niewiele z tego co mówiła zrozumiałem). A z taką "przyjemnością" nas oprowadzała, że miałem ochotę z wieży skoczyć. Ale zamek ładny. I widok na Dolinę Wagu... :)
Pierwszy szlak to 3 godziny na Chatę pod Suchym przez Stary Hrad. Schroniskę czyste, względnie tanie (150 Sk za nocleg z własnym śpiworem w pokoju, chyba 210 z pościelą). Ale ma parę wad - prąd z agragatu (o 22 wyłączane), brak prysznica (ale kto by się tam mył...), nie wolno swojego jedzenia jeść w stołówc i brak wrzątku. Tak. BRAK WRZĄTKU! Aby sobie zupkę zjeść to trzeba mieć własny gaz, albo kupić za 15 Sk herbatę. Torebkę można zachować na pamiątkę a wrzątkiem zalać to co chcemy...
W schronisku spotkaliśmy grupę poznaniaków, która dojechała na Fatrę jakimiś dziwnymi połączeniami kolejowymi (stwierdzili, że dworzec w Bielsku mają gdzieś...). Był tam także Dziadek z Krakowa... A właśnie - na szlaku do schroniska dziwiły nas różne części garderowy (koszule, trampki, sweterek czerwonego kapturka...) zostawione w różnych miejscach. Nasze domysły przeznaczenia tych rzeczy były różne ("Horska służba to rozwiesza, aby turyści nie zmarzli..."). W schronisku okazało się, że dziadek zabrał za dużo rzeczy i nie był w stanie ich wszystkich wnieść na górę. Podejście do schroniska było ostre i monotonne. No i sie dziadek zmęczył. Ale to nie byle jaki dziadek ("od 25 lat się wspinam, od ponad 40 chodzę po górach..."). No i był rozgadany strasznie.
Wieczorem Pyry (czyli inaczej poznaniacy) nastraszyli nas, że nie przejdziemy przez Białe Skałki za Suchym z dużymi plecakami. Nie wystraszyliśmy się i przeszliśmy to następnego dnia (czyli we wtorek). Strasznie nie było. Na skałkach dogonił nas Dziadek - zaczął rozprawiać o współżyciu małżeńskim i innych ważnych dla nas rzeczach. Trzeba było szybko ruszać dalej.
Przed Małym Krywaniem dogoniły nas Pyry. Całą grupą weszliśmy na Mały Krywań - gdzie był chleb z dżemem, troche piwa, wspólne zdjęcie... No i Dziadek. Pogoda poprawiła się za Suchym (chmury się podniosły) aby zepsuć się przed Wielkim Krywaniem (zaczeło kropić). Na Wielkim Krywaniu Pyry zdecydowały iść do Stefanowej (jak się później okazało doszli tam po 21). Dziadek szedł z nimi. Uff... Moja grupa chciała wejść na Chleb i z drugiej strony zejść do Chaty pod Chlebem, ale coraz mocniej padający deszcz przeszkodził w tym.
I już o 16 byliśmy w schronisku. Nocleg miał kosztować 150 Sk a kosztował 60 (jakaś promocja?). Na takim strasznie zakurzonym strychu. Tam spotkaliśmy grupę wrocławiaków z ksiedzem wyglądającym podobno jak jeden lekarz z "Na dobre i na złe". Po obiedzie (też nie mają wrzątku) msza polowa z widokiem na Chleb. A potem śpiewy przy gitarze. Dobrze, że piwa były tanie. Nie wiem czy taką tajemnicę mogę zdradzić, ale jeden z wrocławiaków na szczycie Wielkiego Rozsutca oświadczył się jednej wrocławiance. Piękne miejsce wybrał. Tak o 22 trzeba było się na tym strychu ulokować. Ale tam kurzu było... Psik...
Kolejny dzień przywitał nas ulewą i chmurami. Wejście na Chleb nie miało większego sensu (widok bielszy nie będzie) dlatego udaliśmy się z zamiarem przejścia przez Steny, Południowy Groń oraz Stoh (Stóg) do Stefanowej. Schodzenie po błotnistych i kamienistych ścieżkach to było nic z "10-minutowym" podejściem do rozwidlenia szlaków pod Stohem. Po pół godzinie stwierdziliśmy, że ominiemy go żółtym szlakiem. Tam nie było o wiele lepiej. W połowie tego szlaku wyprzedziła nas grupka starszych Niemców - mają zamiar przejść głównym europejskim szlakiem z Santiago de Compostella (to w Hiszpanii) na Krym (to na Ukrainie). Nie wiem czy całym szlakiem, czy tylko wybrane kawałki.
Gdy ich dogoniliśmy okazało się, że jeden się przewrócił i coś zrobił z głową. Ale szedł dalej (plecak niósł mu inny Niemiec). Podobną przygodę mieli poznaniacy dzień wcześniej - jeden z nich przekoziołkował przy schodzenia do Vratnej - plecak 20 kg niósł mu potem Dziadek (i nie chciał oddać). O tym zdarzeniu dowiedzieliśmy się następnego dnia.
Grupa z Wrocławia poinformowała nas o tanim noclegu w Stefanowej u Babci z kozą za 80 Sk. Udało nam się tam trafić ale była tylko koza. Mieliśmy dostęp do prysznica (ale kto by się tam mył...), pieca gazowego no i do łóżek. W jednej z knajp zjedliśmy obiad (vyprażany syr jest pyszny...).
W czwartek pogoda był piękna i zdobyliśmy 2 Rozsutce - najpierw Wielki a potem Mały. Na szczycie Wielkiego była nalepka Ubuntowa ;) Tam też rozpościerały się przepiekne widoki na Małą i Wielką Fatrę, Niżne Tatry (Chopok jest bardzo charakterystyczny). Udało nam się też na horyzoncie wyróżnić Babią oraz Pilsko. Podejście od przełęczy Międzyholie jest ciekawe i miejscami trudne. Dobrze, że szliśmy bez wielkich plecaków (tylko były 2 z jedzeniem, kurtkami i piciem). Z zejściem wiąże się przygoda - mieliśmy darmowy masaż wykonany przez kosodrzewinę - ścieżka się skończyła na jednym wierzchołku a nie chciało nam się wracać to zeszliśmy prosto do innej ścieżki.
Na przełęczy Medzirozsutce usłyszałem znajome dźwięki. Tak... To Bono krzyczy:
Łan... Łan...
Ale to nie szedł Bono z U2 tylko grupa strasznie uśmiechniętych Czechów z głośnym radiem i flaszką wódki. Z ich słów można było się dowiedzieć, że chcą wejść na Wielkiego Rozsutca - powodzenia chłopaki....
Podejście na Małego Rozsutca w jednym miejscu było bardzo ciężkie - prawie pionowo kilkadziesiąt metrów. Zejście z tymi 2 plecakami było jeszcze lepsze ;) Na szczycie złapałem na komórcę Idee :) Innych sieci nie było. Na Wielkim nikt nie sprawdzał.
Po zejściu z Rozsutca przeszliśmy jeszcze Górne i Nowe Diery (czyli Dziury). Pełno wodospadów, śliskich kamieni, drabinek, kładek... I tam padły mi baterie w aparacie.
Po poprocie do Stefanowej i zjedzeniu obiadu, postanowiliśmy szukać Pyrów. O tym, że tu są wiedzieliśmy od Dziadka, którego rano Łukasz spotkał na przystanku. Dostał tam od niego kijek - bo drugi już wcześniej oddał jednej dziewczynie z Poznania, więc dlaczego miałby wracać z jednym do domu.
Z namiotów poznaniaków nie wydostawał się żaden dźwięk - tak około 21 w górach to nie brzmiało miło. Szczególnie, że właściciel mówił, że jeszcze nie wrócili... Nie było ich także w żadnej knajpie w Stefanowej. Gdy mieliśmy zamiar już dzwonić do Horskiej Służby (no może przesadzam ;) pojawili się - wrócili piechotą z Terchowej. Uzgodniliśmy pójście na piwo. Mieli tylko pójść do namiotów, zostawić zakupy i przyjść. Przyszli przed 22 - okazało się wtedy, że wszystko o tej godzinie jest zamknięte w tej wsi (podobno też w Terchowej). No to usiedliśmy na przystanku autobusowym...
Następnego dnia około 9 wyszliśmy spakowani w stronę Białego Potoku - przeszliśmy Dolnymi Dierami i drogą do Terchowej na autobus. Po drodze jednak udało nam sie złapać w piątke stopa, którym dojechaliśmy do Żyliny. W Żylinie przez 3 godziny obeszliśmy całe centrum. Potem pociąg do Zwardonia o 13:36. Po 20 minutach czekania w Zwardoniu był pociąg do Katowic. W Katowicach miała być szybka przesiadka o 19 na pociag do Tarnowskich Gór. Ale nic z tego. Przed Tychami okazało się, że w Katowicach na dworcu miała byc bomba - pociagi tam nie wjadą. No i pociąg z Tychów nie wyjechał. My nie wiele myśląc wysiedliśmy z pociągu i dojechaliśmy do Katowic autobusem (to był głupi pomysł). Na pociąg i tak nie zdążyliśmy. Pewnie wielu pasażerów pociągu i tyskiego autobusu linii 1 nas zapamięta z różnych powodów ;) Część osób pojechała autobusem 820 o 20:50 a ja z Dominikiem pociągiem o 21:37. W domu byłem przed 11 ;). Ale było fajnie...
A może chcielibyście poogladać więcej zdjęć z tego wyjazdu? Jeżeli tak to zapraszam do galerii zdjęć :)
Tagi:
Mała Fatra Słowacja góry kolej pociąg
← Ubuntu było wysoko ↓ Troche wikipedyjnej statystyki, ergonomii i sponsoringu →
Komentarze:
czara # |
dnia 27 sierpnia 2006, o godzinie 17:24:38
i po takich opisach zaluje ze zeby dojechac w Tatry potrzebuje jakies 12h w pociagu
ale trzeba sie pocieszac ze Karkonosze tez sa piekne :)
adas # |
dnia 27 sierpnia 2006, o godzinie 21:15:33
czara: ale ja byłem na Fatrze a nie w Tatrach ;)
p.s. ja wracałem z 13 godzin (no 3 godziny łaziłem po Żylinie). No i Karkonosze też są pięknę - ostatnio mi o tym Babia przypomniała...
czara # |
dnia 27 sierpnia 2006, o godzinie 21:23:49
no wiem :)
ale ja uwielbiam Tatry ale troszeczke za daleko do nich mam
sprinter # | dnia 29 sierpnia 2006, o godzinie 15:22:54
Pyry juz tez wróciły do domu ...co prawda objazdami i z postojem 6 godzinnym w nocy w Cieszynie ale dalismy rade...;) ....dzieki za wspólne wedrowanie ...gdybyscie chcieli to mozemy znow za rok gdzies zapodziać sie w swiat i odnalezć na jego drugim koncu.. Pozdrawiam / Tomasz (wysoki ;).
sprinter # | dnia 29 sierpnia 2006, o godzinie 16:21:54
Pyra umie korzystac z Google ;)
heban # | dnia 09 lipca 2007, o godzinie 07:19:48
Kapitalna relacja z wyprawy. Dziadek faktycznie był niezmordowany.
Piękne zdjęcia. Brawo.
sisi # | dnia 20 lipca 2007, o godzinie 16:46:10
Oj dawno nie byłam na takiej wyprawie. Zazdroszczę troszeczkę. Muszę się pocieszyć jednodniowymi wypadami w góry. trzymaj się, a jak znów gdzieś zawędrujesz to napisz. Dobrze Ci to wychodzi
adas@dziugger - blog # | dnia 07 kwietnia 2008, o godzinie 16:01:42
Zaproszenie na Fatrówkę
Zwykli czytelnicy tego bloga mogą tego wpisu nie czytać ;) To dla znajomych wpis jest... Trochę prywaty nie zaszkodzi - mam nadzieję.
Jako, że zbliża się weekend majowy postanowiłem zastanowić się gdzie by wziąć znajomych na majówkę[...]
Dodaj swój komentarz:
W komentarzach działa formatowanie tekstu Markdown. Dowiedz się jak z tego korzystać.
*To jest tekst z emfazą* - To jest tekst z emfazą (<em>To jest tekst z emfazą</em>)
**To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany')** - To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany') (<strong>To jest tekst z większą emfazą ('wykrzyczany')</strong>)
* To jest lista
* Kilku elementów
- To jest lista
- Kilku elementów



Andzia # | dnia 27 sierpnia 2006, o godzinie 13:07:30
Adaś zazdroszczę Ci... ślicznie to opisałeś :)